Anioły spełniają wszystkie moje marzenia

320

Każdy ma swoje marzenia, ale tylko nieliczne spełniają się całkowicie. Wątpliwości i brak wiary w ich realizację  znacznie  to utrudnia. Do ich urzeczywistnienia niezbędne jest  silne przekonanie, że uda się osiągnąć to na czym naprawdę nam zależy.  Dryfowanie między pragnieniem, nadzieją i obawami nigdy nie wróży sukcesu zapewnia obdarzona zdolnościami paranormalnymi Mirosława Balcer, która od  prawie 40 lat mieszka na Suwalszczyźnie. Jej marzenia zawsze się spełniają, nawet jeśli po drodze zdarzają się nagłe i nieoczekiwane porażki. 

Zdolności paranormalne pomagają w realizacji marzeń?

W urzeczywistnianiu marzeń nie ma żadnej magii, ani tajemnych zaklęć. Tę zdolność każdy z nas może w sobie wyćwiczyć. Wystarczy wyciszyć umysł i zagłębić się w siebie, a resztę wykonają już za nas anioły. Trzeba tylko im powierzyć swoje pragnienia i zaufać, że na pewno spełnią je w najlepszy dla nas sposób, a potem już czekać na realizację.  Bardzo ważne w tym wszystkim jest przekonanie, że uda nam się osiągnąć to na czym naprawdę nam zależy, zgodnie z porzekadłem, że wiara czyni cuda.  Nie można też zrażać się porażkami, ponieważ czasem to właśnie one wytyczają nam drogę do celu.

Pani tego doświadczyła w swoim życiu?

Wielokrotnie, ale zawsze było to z korzyścią dla mnie.  Anioły prowadzą nas drogą, która była celem naszego ziemskiego życia. Jesteśmy tu po to, aby doświadczyć czegoś nowego. Każdy ma do przerobienia jakąś lekcję. Nie zawsze sobie to uświadamiany, ale anioły wiedzą to lepiej od nas, dlatego warto im zaufać.  Zawsze są obok nas ze swoim światłem. Wystarczy się wyciszyć, aby poczuć ciepło ich słów w naszych sercach. Często piszę o tym na moim facebooku i dołączam tam magiczne modlitwy, które wzmacniają naszą wiarę w spełnienie marzeń. Nie można się jednak niecierpliwić, tylko pozwolić energii  poruszać się swobodnie, z pełnym zaufaniem do tego, o co prosimy i być w pełni usatysfakcjonowanym, jakby to już się zdarzyło.

Potrzebna jest do tego medytacja?

Niekoniecznie. Mnie wystarcza zwykły spacer po lesie, ale inni potrzebują medytacji, żeby wyciszyć umysł. Na mnie przyroda działa kojąco, a Suwalszczyzna jest do tego wymarzonym miejscem. Piękne krajobrazy, liczne lasy, cudowne jeziora, cisza i spokój. Przeprowadziliśmy się z mężem tutaj z Olsztyna prawie 40 lat temu i od tego czasu każdy dzień jest dla mnie prezentem od Boga, choć bywały też trudniejsze momenty w naszym życiu.

Z czego wynikały te trudności?

Z niespodzianek jakich dostarczyło nam życie zawodowe, bo rodzinne jest ustabilizowane i wspaniałe. Tworzymy z mężem i dwoma synami kochający się team, który zawsze się wspiera. W pracy zawodowej bywały różne turbulencje, ale one otwierały mi drogę do różnych pomysłów. Po skończonej teatrologii pracowałam krótko jako inspicjent i sufler w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie, a później z mężem inżynierem budownictwa zakotwiczyliśmy na Suwalszczyźnie. Głowę zawsze miałam pełną pomysłów, które wcielałam w życie. Odkryłam w sobie zdolności terapeutyczne do uzdrawiania ludzi i rozwijałam je w sobie. Szufladę mam pełną dyplomów z ukończenia różnych kursów od bioenergoterapii po dwupunktową metodę, która ma gigantyczną moc transformującą i uczy w jaki sposób wchodzić w rezonans z nową świadomością. Do tego jeszcze wróżę przede wszystkim z kart anielskich i mam dar jasnowidzenia.  Ta sfera mojego życia jest fascynująca, bo mogę pomagać ludziom w uzdrowieniu ich psychiki i wychodzeniu z różnych problemów. Moja aktywność przejawia się nie tylko w tych dziedzinach. Kochałam też pracę z dziećmi, dlatego przez 10 lat prowadziłam Ogród Bajek, ale na skutek nieoczekiwanych zdarzeń musiałam ją w pewnym momencie przerwać.

Jak był powód przerwania tej działalności?

Złożyło się na to kilka przyczyn. Kupiliśmy z mężem zrujnowany dworek  z lat 30. minionego wieku w Kaletniku w gminie Szypliszki. Włożyliśmy dużo wysiłku i nakładów finansowych, żeby go wyremontować i estetycznie urządzić. Wyposażony w stare meble miał swój wyjątkowy urok i przypominał trochę muzeum. Dworek i jego otoczenie było na tyle atrakcyjne, że postanowiłam tam zrobić dla dzieci Ogród Bajek. Miejsce było naprawdę urokliwe ze starymi drzewami, w sąsiedztwie przepływającej rzeki i malowniczej doliny. Świetnie nadawało się na magiczny ogród, w którym znajdowało się wiele małych domków, które nawiązywały do znanych bajek.  Była tam m.in.  chatka babci Czerwonego Kapturka z wyposażeniem odpowiednim dla epoki, z zagrodą gdzie mieszkała świnka, kilka kurek i kaczek. Były kotki i pieski. To tworzyło taki malutki skansen, dostępny dla każdego dziecka, które mogły wszystkiego dotknąć i bawić się ze zwierzętami.  Były też inne domki krasnoludków, czarownicy,  stolarnia Pinokia bogate w różne akcesoria i rekwizyty. Nasz pomysł postanowiła skopiować pewna grupa osób i w odległości kilku kilometrów od nas zbudować Siedem Ogrodów, na które uzyskali potężne unijne środki. Nasz dworek budził pokusy dla lokalnego biznesmena z koneksjami politycznymi i zadbał o to, żeby go przejąć w nieuczciwy sposób. Tak zakończyła się przed 7 laty historia Ogrodu Bajek.

Pogodziła się pani z tą stratą bez interwencji?

Interweniowałam, ale moja siła przebicia była znikoma. Bank wstrzymał nam kredytowanie, sąd nie uwzględniał odwołań z dziwnych przyczyn,  a komornik nie powiadomił nas w terminie o licytacji dworku. Straciliśmy wszystko. Najbardziej żal mi było jednak dzieci, które tęskniły na Ogrodem Bajek, który był dla nich niesamowitą  frajdą. Poszukiwały tak ukrytych skarbów, sadziły roślinki w ogródkach, wrzucały karteczki do drzewa marzeń. Uczyły się kreatywności, rozbudzały swoją wyobraźnię. Tych atrakcji było naprawdę mnóstwo. Organizowaliśmy też wiele imprez jak Andrzejki, święto pieczenia ziemniaka, powitanie wiosny. Po tej działalności pozostała nam bogata dokumentacja  i wiele wspaniałych wspomnień.  Z  konkurencyjnej inicjatywy powołania Siedmiu Ogrodów w naszym sąsiedztwie niewiele pozostało. Działa chyba jeden jakiś niewielki ogród, ale bez fajerwerków.

Jak tę porażkę pogodzić ze skuteczną realizacją pani marzeń?

To proste, widocznie podświadomie potrzebowałam już jakiejś zmiany. Nie ubolewam nad tą stratą. Powoli stajemy z mężem na nogi. Na razie mieszkamy z wynajętym domu, ale  dokładnie w takim jaki sobie wymarzyłam. Za rok zamieszkamy już we własnym domu, też pięknie położonym, który jest otoczony higienicznym lasem, gdzie mam już wiele pomysłów jak ten piękny teren wykorzystać w atrakcyjny dla mieszkańców sposób. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Pobudziłam dodatkowo swoją kreatywność. Nie chce mówić o szczegółach tej nowej inicjatywy, ale myślę, że spotka się z równie entuzjastycznym przyjęciem zarówno wśród dzieci jak i dorosłych.   Zapraszam na inaugurację mniej więcej za rok.

Z Mirosławą Balcer rozmawiała Jolanta Czudak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here