Strażak OSP – bohater bez peleryny

Dwudziestojednoletni chłopak z małej wsi na Mazowszu, której nazwa może przyprawić o uśmiech na twarzy. W pozornie najbardziej odosobnionych zakątkach Polski, z dala od zgiełku, mieszkają ludzie, którzy stają się wzorem dla żyjących w ciągłym pośpiechu mieszkańców stolicy. Mimo młodego wieku ma za sobą wiele niebezpiecznych akcji ratowniczych. Dobrowolna chęć pełnienia służby publicznej, szczególnie tej cieszącej się ogromnym poważaniem i szacunkiem Polaków, niewątpliwie zasługuje na wielkie uznanie.

Szymon Dąbrowski, zawodowy żołnierz, kierowca czołgu 1. Warszawskiej Brygady Pancernej im. Tadeusza Kościuszki oraz przodownik pierwszej roty w OSP Szynkarzyzna, w rozmowie z Piotrem Glinickim, opowiada o odpowiedzialności strażaka, wspomina swoją przygodę z pożarnictwem, a także ujawnia trudy swojej służby.

P. G.: W którym momencie życia pojawiła się u pana chęć bezinteresownej pomocy innym jako strażak OSP?

S. D.: W zasadzie już od najmłodszych lat. Pamiętam jakie emocje wywoływał u mnie dźwięk wyjącej syreny. Jeszcze nie do końca świadomy powagi sytuacji widziałem tatę, który w pośpiechu zakładał kombinezon ochronny i niemal w biegu wskakiwał do wozu, w którym byli już jego koledzy. Towarzysząca temu adrenalina jest nie do opisania.

P. G.: Czy to właśnie Pana ojciec był inspiracją i autorytetem do podjęcia służby?

S. D.:  Tak, ojciec był inspiracją, ponieważ sam jest ochotniczym strażakiem i jako mały chłopiec postrzegałem go jako niemal Supermana, który wyrusza ratować świat. (śmiech) Wiele również mnie nauczył i ukształtował mój charakter.

P. G.: Kiedy rozpoczęła się pana rzeczywista przygoda z pożarnictwem?

S. D.: Mimo, że jako już szesnastoletni chłopak jeździłem z tatą na akcje, to rzeczywista przygoda zaczęła się dopiero po ukończeniu podstawowego szkolenia, które uprawnia do wyjazdów, brania udziału w różnych akcjach pożarniczych, ratowniczych… Około 18. roku życia przystąpiłem do kursu,  który jest swoistą przepustką do wyjazdów ratowniczych.

P. G.: Podobno pierwsza akcja na długo zapada w pamięci. Czy potrafi pan przywołać swoją?

S. D.: Był to wyjazd do nieużytków rolnych. Po prostu do płonących łąk, nic spektakularnego. Dostaliśmy wezwanie, szybkie przebranie w mundury i ruszyliśmy do akcji.

P. G.: Akcja, która najbardziej utkwiła w pana pamięci?

S. D.: Pożar lasów na terenie rezerwatu przyrody „Czaplowizna”. Można powiedzieć, że to były trzy pożary jednej nocy. Najpierw wezwano nas około godziny 16.00, następnie od razu po zakończeniu działań zostaliśmy przekierowani bezpośrednio do kolejnego pożaru w innym miejscu i znowu do kolejnego. W sumie byliśmy w akcji jakieś szesnaście godzin.  Przy każdym takim  wyjeździe jest adrenalina, ale też niebezpieczeństwo, bo tak naprawdę jedziemy nie wiedząc co nas zastanie na miejscu. Musimy być przygotowani na każdą sytuację. Po tylu godzinach walki z ogniem pojawienie się zmęczenia jest czymś naturalnym.

P. G.: Najniebezpieczniejsza interwencja ratownicza, w której brał pan udział?

S. D.: Myślę, że jest to właśnie pożar tych lasów, bo wiadomo, tutaj jest dym, ciężko się oddycha. Człowiek też musi odpoczywać, nie da rady cały czas pracować w dymie i w ogniu. Pożary lasów są najniebezpieczniejsze i sprawiają najwięcej trudności strażakom. Najmniej niebezpiecznym było dogaszanie nieużytków rolnych.

P.G.: Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym. Może tym razem opowie pan o najzabawniejszym zdarzeniu, do którego zostali wezwani strażacy OSP Szynkarzyzna?

S. D.: Każde zdarzenie należy traktować poważnie i nie możemy lekceważyć żadnego wezwania. Może to być nawet pomoc kotu, który utknął na drzewie i nie potrafi z niego zejść. Każdy wyjazd uczy nas nowych doświadczeń i takie akcje nie stają się schematyczne. Nawet czasami występowały takie sytuacje, że wyjeżdżaliśmy kilka razy dziennie, a mimo to z takim samym zapałem.

P. G.: Jaki wpływ mają na pańską psychikę niebezpieczne akcje lub te zakończone niepowodzeniem?

S. D.:  Moim zdaniem, każda akcja jest zakończona sukcesem, ponieważ opanowujemy pożar, pomagamy w interwencji czy zabezpieczeniu drogi. Mam zbyt twardą psychikę i żaden wyjazd tak naprawdę nie jest mi straszny. (śmiech)

P. G.: 4 maja obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Strażaka. Czy tegoroczne uroczystości różniły się od tych z minionych lat?

S. D.: Tak, zdecydowanie różniły się, ponieważ nie było uroczystej procesji… W tym roku udział brały tylko poczty sztandarowe, które musiały mieć zasłonięte twarze przez maski. Każdy z nas to odczuł. Zawsze miała miejsce uroczysta zbiórka, msza, procesja i to wszystko żyło swoim tokiem. W tym roku było inaczej i wielu strażaków nie mogło brać udziału w uroczystościach.

P. G.: Jak wygląda współpraca pomiędzy strażakami OSP a zawodowymi (JRG) na terenie gminy Sadowne?

S. D.: Podczas pożaru czy każdej innej akcji działaniami kierują strażacy OSP. Na miejsce przyjeżdża również powiatowa jednostka JRG Węgrów, pod którą podlegamy. Wówczas przejmują oni dowodzenie i dysponują naszymi siłami. Decydują, czy mamy dostarczać wodę, pozostać linią gaśniczą lub zaopatrywać w wodę inne jednostki. Tak naprawdę do momentu przyjazdu JRG strażacy OSP sami podejmują działania, dopóki nie zostaną przekierowani.

P. G.: Czy w takim razie według pana JRG stanowi jedynie wsparcie dla strażaków OSP, a może jest odwrotnie?

S. D.: Niezupełnie. Mimo, że zazwyczaj jako pierwsi przybywamy na miejsce zdarzenia to formalnie jesteśmy wsparciem dla oddziałów zawodowych strażaków. To oni dysponują jednostki OSP, które muszą jechać do danej akcji. Największym atutem, który stanowi o sile OSP jest szybkość pojawienia się na miejscu pożaru czy innego zdarzenia co nie zawsze jest możliwe dla zastępów JRG ze względu na większy dystans do pokonania.

P. G.: Dobrze, że pan to podkreślił. Sądzę, że większość społeczeństwa nie rozróżnia tych formacji. Czy zatem sprzęt OSP różni się od tego JRG? Używacie podobnych wozów i narzędzi?

S. D.: Dysponujemy podobnym sprzętem jednak JRG z przyczyn finansowych jest lepiej wyposażony. Nasz ekwipunek nie stanowi żadnej przeszkody w pomocy potrzebującym. Dobry strażak powinien umieć pracować nawet na nieco przestarzałym sprzęcie, chociaż nasza jednostka nie odbiega aż tak bardzo od JRG.

P. G.: Zatem uważa pan, że wyposażenie OSP Szynkarzyzna jest wystarczające i spełnia aktualne normy? A może konieczna jest modernizacja sprzętu strażackiego?

S. D.: Tak, nasza jednostka jest dobrze wyposażona i spełnia wszystkie normy gaśniczo-ratownicze. To niewątpliwie zasługa naszego dobrze zorganizowanego wójta.

P.G.: Co zmieniło się w waszej pracy, odkąd wybuchła pandemia wirusa? Jak obostrzenia wpływają na pana pracę? Czy zachowanie wszystkich wymogów sanitarnych utrudnia działania podczas akcji?

S. D.: Tak naprawdę nic się nie zmieniło w naszej pracy. Oczywiste jest, że podczas pożaru nie ma możliwości zachowania wszystkich norm sanitarnych. Nawet bez maseczek mamy utrudnione oddychanie, więc nosząc je nie moglibyśmy sprawnie wykonywać swojej pracy. Niestety, każda akcja żyje swoim życiem i to strażacy muszą dostosować się do panujących warunków w trakcie pożaru.

P. G.: Działania OSP nie skupiają się wyłącznie na pożarach. Jak w obecnej sytuacji epidemiologicznej strażacy z Szynkarzyznej pomagają mieszkańcom?

S. D.: W naszej wsi nie ma wielu mieszkańców i każdy radzi sobie bez naszej pomocy. Gdyby była taka potrzeba to dostalibyśmy wtedy zgłoszenie od JRG, że potrzeba wyjechać gdzieś czy dostarczyć komuś niezbędne produkty do życia. Skupiamy się głównie na pożarach lasów i innych akcjach gaśniczych.

P. G.: Czy służba w OSP wymaga wyrzeczeń?

S. D.: Służba w OSP, jak każda inna, wymaga wielu wyrzeczeń. Czasem jestem umówiony ze znajomymi a dostaję wezwanie więc muszę podjąć decyzję i z czegoś zrezygnować. Zazwyczaj wybieram wtedy wyjazd na akcję.

P.G.: Czy chciałby pan skierować jakiś apel do mieszkańców Mazowsza, biorąc pod uwagę panującą obecnie suszę i tym samym niebagatelne zagrożenie pożarami lasów?

S. D.: Przede wszystkim, jeżeli wybieramy się na spacer do lasu to zwracajmy uwagę, jeżeli zobaczymy na przykład jakiś drobny dymek. Gleba jest sucha jak wiór, więc pożar może nastąpić samoistnie. Najważniejsze jest zgłoszenie tego odpowiednim służbom, aby mogły podjąć działania. Apeluję również do palaczy, jeśli już muszą robić to na łonie natury to pamiętajmy, aby przygasić tego papierosa, a nie rzucić niedbale na ziemię. Przez takie nieodpowiedzialne zachowanie niewiele dzieli nas do tragedii. Są również takie osoby, które celowo podpalają lasy lub łąki. Sprawia im to przyjemność. Nie jestem w stanie określić co nimi kieruje, ale jeżeli ktoś zauważy pożar i jakąś podejrzaną osobę to należy niezwłocznie to zgłosić. Nie tylko o zdarzeniu, ale przede wszystkim powiedzieć, że widziało się taką osobę i przemieściła się w tym kierunku, bo niewykluczone, że może to być potencjalny podpalacz.

P. G.: A zdarzały się sytuacje, w których strażacy OSP Szynkarzyna, gminy Sadowne albo powiatu węgrowskiego sami podpalali lasy i wzywali swoich kolegów do rzekomej pomocy?

S. D.: Rzeczywiście słyszy się czasami w telewizji o takich przypadkach, ale wydaje mi się, a przynajmniej chciałbym w to wierzyć, że, żaden strażak nie zrobi czegoś takiego. Po pierwsze wiążą się z tym wysokie kary, a po drugie, wiadomo, jest to zagrożenie dla życia i zdrowia nie tylko ludzi, ale także zwierząt, szczególnie że większość naszych akcji obejmuje teren rezerwatu przyrody.

P.G.: Pozostaje mi jedynie życzyć powodzenia i samych owocnych akcji zakończonych sukcesem. W tym trudnym czasie suszy strażacy z pewnością mają pełne ręce roboty. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Z Szymonem Dąbrowskim rozmawiał Piotr Glinicki, student dziennikarstwa na UKSW.

Program lekowy AMD zyskał międzynarodowe uznanie

Tysiące osób unikają dramatu, jakim jest utrata wzroku. Leczenie wysiękowej postaci zwyrodnienia plamki (AMD) zostało docenione przez światowej klasy naukowców. Rezultaty terapii z pierwszego roku jej stosowania opublikowane zostały w European Journal of Ophthalmology. To jeden z najbardziej prestiżowych periodyków okulistycznych na świecie. Autorską pracę przygotował 10- osobowy zespół  wybitnych uczonych. Wśród nich znaleźli się m. in. prof. Robert Rejdak i prof. Marek Rękas.

-Poprzedziła je recenzja międzynarodowego gremium autorytetów naukowych, którzy bardzo wysoko ocenili prezentowane dokonania polskich okulistów w leczeniu wysiękowej postaci  zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem- informuje „Nasz Dziennik” prof. Robert Rejdak, kierownik Kliniki Okulistyki Ogólnej lubelskiego Uniwersytetu Medycznego i jednocześnie prezes Stowarzyszenia Chirurgów Okulistów Polskich.

W opublikowanych badaniach naukowcy  uwzględnili anonimowe dane pacjentów leczonych na AMD, zawarte w elektronicznym Systemie Monitorowania Programu Terapeutycznego (SMPT). Zarządza nim NFZ. -Analizowana populacja obejmowała  2718 osób z wysiękową postacią  zwyrodnienia plamki związanej z wiekiem. Większa była natomiast liczba oczu (2828) poddanych terapii, ponieważ u niektórych pacjentów leczono obuocznie. Badania potwierdziły poprawę morfologiczną i stabilność funkcjonalną widzenia- zaznacza prof. Rejdak. 

Tysiące osób uratowanych przed dramatem utraty wzroku z powodu wysiękowej postaci AMD to wielka radość dla pacjentów, ale także satysfakcja dla inicjatorów programu lekowego AMD. W tym europejskim sukcesie Ministerstwa Zdrowia i NFZ, szczególne znaczenie ma działalność prof. Marka Rękasa, konsultanta krajowego w dziedzinie okulistyki.  -Nasza publikacja to jest wyjście z tym programem na zewnątrz i uznanie przez fachowców. Obecnie jestem w trakcie przygotowywania pisma do ministerstwa, żeby decydenci wiedzieli o tym. Nie wiem, czy to nie jest nawet pierwsza taka sytuacja we wszystkich programach lekowych w Polsce, że się coś udało opublikować- podkreśla w rozmowie z nami prof. Marek Rękas. W planach jest też publikowanie analiz z kolejnych lat wdrażania programu.

Polska okulistyka od kilku lat należy do europejskiej czołówki w leczeniu chorób siatkówki oka. Nowatorskie terapie spełniają w tej dziedzinie światowe standardy. -Przykładem jest sukces realizowanego od 2015 roku programu lekowego wysiękowej postaci zwyrodnienia plamki związanego z wiekiem (AMD). Schorzenie to stanowi najczęstszą przyczynę utraty wzroku wśród osób po piątej dekadzie życia- tłumaczy prof. Robert Rejdak, prezes Stowarzyszenia Chirurgów Okulistów Polskich.

Zwyrodnienie plamki związane z wiekiem (z ang. Age-related Macular Degeneration, w skrócie AMD) jest przewlekłą, postępującą chorobą oczu, w wyniku której dochodzi do uszkodzenia siatkówki, a szczególnie jej części centralnej – plamki żółtej, co prowadzi nawet do ślepoty. AMD ma dwie postacie: suchą i wysiękową. -Główne objawy AMD to: pogorszenie widzenia, np. czytane litery są zamazane i niewyraźne, następują zniekształcenia obrazu; Choroba ta w dużej mierze uniemożliwia wykonywanie podstawowych czynności, np. czytania, pisania czy też prowadzenia samochodu- wyjaśnia prof. Rejdak.

W Polsce zagrożone AMD jest od 120 tys. do nawet  225 tys. osób. Ratunkiem dla wielu z nich jest wejście do programu lekowego, co oznacza kilkuletnie leczenie. – W pierwszym roku podaje się od siedmiu do -9 zastrzyków, w zależności od leku.  W drugim i kolejnych latach minimum trzy, a także wtedy, gdy zagraża nawrót choroby – mówi prof. Rejdak. W skali roku dla systemu program oznacza 3 mld zł oszczędności.

W skali globalnej taki program w tej chorobie to rzadkość. -Na świecie nie ma takich rozwiązań, tylko sami lekarze podejmują decyzje, jak leczyć. Są wytyczne towarzystw naukowych, regulujące jak należy postępować w danym schorzeniu- podkreśla prof. Marek Rękas, konsultant krajowy w dziedzinie okulistyki i kierownik Kliniki Okulistyki Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM). W Polsce wcześniej próbowano podobnie postępować. -Leczenie odbywało się w ramach JGP (jednorodnej grupy pacjentów –przyp. red.) B.02, ale okazało się, że liczba zastrzyków wykonywanych w tym świadczeniu była zbyt mała (średnio ok. 3), czyli pieniądze były wydawane nieefektywnie. Mała liczba zastrzyków, na co wskazuje literatura, nie gwarantuje skutecznego leczenia AMD- podkreśla specjalista.

W Polsce program lekowy nie tylko narzuca, ile pacjent ma dostać zastrzyków w kolejnych latach terapii, ale nad całością czuwa zespół koordynacyjny, któremu przewodniczy prof. Marek Rękas. -W jego skład  wchodzi 8 fachowców z danej dziedziny. Także dodatkowo program lekowy pełni rolę edukacyjną, bo ci specjaliści mogą ze sobą współpracować poprzez platformę SMPT i uczyć się nawzajem- wyjaśnia nasz rozmówca.  Dodatkowo funkcjonuje strona „Encyklopedia profilaktyki” na stronach WIM (https://encyklopedia.wim.mil.pl/).- Poprzez tę witrynę prowadzimy kontrolę jakości, bo tutaj znajdziemy informacje, jak kto leczy. Jest to dostępne i dla pacjentów i lekarzy- dodaje prof. Rękas.  

Szansa na widzenie

Programem obecnie jest objętych 25 tys. osób, a przeszło przez niego już 90 tys.  Wnioski z pierwszego roku funkcjonowania są obiecujące. – Pacjenci, którzy trafili do programu jako pierwszorazowi, czyli wcześniej nie byli leczeni w innym miejscu, a najpierw dostali się do programu, osiągnęli bardzo dobre wyniki. Dlatego trzeba żeby program ewaluował w tym kierunku, by pacjenci mieli jak największą dostępność- podkreśla krajowy konsultant w dziedzinie okulistyki.  

Z programu zadowoleni są też pacjenci. -Tylko pacjent w programie lekowym może być pewny, że będzie miał kolejną wizytę, że będzie monitorowany. Nie martwi się, że nie będzie leku za dwa miesiące- informuje „Nasz Dziennik” Małgorzata Pacholec, prezes stowarzyszenia Retina AMD Polska. Choć ubolewa, że nie dla wszystkich nastąpił przełom.- Z drugiej strony programy lekowe mają wyśrubowane kryteria  dostępowe i to nie jest tak, że wszyscy pacjenci, którzy mają dane rozpoznanie są do niego dopuszczeni. Wiemy, że ci którzy nie zakwalifikowali się do programu korzystają z prywatnego leczenia i dla nich nic się nie zmieniło- zaznacza prezes Pacholec.

Retina AMD Polska, które walczyło blisko 10 lat o program, czeka na usprawnienie programu.- Jest on oczywiście kosztowny, ale mam nadzieję, że będą przybywały nowe leki i będzie ta ochrona patentowa, a  przez to będą taniały terapie. Nowe efektywniejsze leki mogą też spowodować, że rzadziej trzeba będzie przyjmować zastrzyki, czyli odciąży to system i do programu będzie mogło wejść więcej pacjentów- tłumaczy nam prezes Pacholec.

Skrócić kolejki

Przed programem dostępność do terapii była katastrofalna, bo pacjenci mogli faktycznie ratować swój wzrok tylko prywatnie w wybranych ośrodkach. Obecnie czas oczekiwania na leczenie wynosi, w zależności od województwa, od miesiąca do trzech.  Specjaliści nie mają wątpliwości, że w AMD to wciąż za długo. -Docelowo powinno to być tak zorganizowane, żeby kolejki nie było w ogóle i jest to do osiągnięcia nawet z tymi środkami, które mamy teraz. Pod warunkiem, że nie będziemy leczyć pacjentów, którzy nie powinni być w programie- podkreśla prof. Rękas, bo to jak dodaje także wydłuża kolejki. – Mamy problemy takie, że w obrębie programu lekarze leczą pacjentów, których nie powinni. Ci którzy nie spełniają jego kryteriów powinni być  z niego wyłączeni- zaznacza lekarz.

Jak informuje nas krajowy konsultant w dziedzinie okulistyki w planach jest, by na poziomie ministerstwa stworzono rejestr placówek. – Jak on powstanie to będzie miał znaczenie i moc ogólnopaństwową, a  to jest podstawa, żeby za jakość były premiowane najlepsze ośrodki, by one miały otwarty  rynek i szeroki kontrakt. Trzeba zacząć promować jakość, a nie tylko o tym mówić – podsumowuje prof. Marek Rękas.

60 mln zł unijnych dotacji na gospodarowanie wodami opadowymi

Od 29 czerwca samorządy miejskie będą mogły starać się o unijne dofinansowanie na budowę, rozbudowę lub remont sieci kanalizacji deszczowej oraz zbiorników wód opadowych. Ministerstwo Klimatu i Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej rozdysponują na ten cel 60 mln zł z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020. Nabór potrwa do 28 sierpnia 2020 r.

– Ministerstwo Klimatu podejmuje liczne działania ukierunkowane na walkę ze zjawiskami ekstremalnymi, będącymi efektem zmian klimatu, w tym z suszą. Polegają one m.in. na realnym wsparciu finansowym konkretnych inwestycji i rozwiązań, które zmniejszają lub niwelują negatywny wpływ zmian klimatu oraz poprawiają bezpieczeństwo mieszkańców. Nabór, który dziś uruchamiamy jest właśnie przykładem takich działań. Na przyszłych beneficjentów czeka aż 60 mln zł unijnych dotacji na wsparcie projektów z zakresu gospodarowania wodami opadowymi – zaznacza minister klimatu Michał Kurtyka.

– Zagospodarowanie deszczówki w miejscu opadu to kluczowy element przeciwdziałania skutkom suszy oraz obniżania ryzyka powodziowego. Dofinansujemy do 85 proc. kosztów projektów komunalnych, które zmniejszają ryzyko nagłych podtopień, a w czasie suszy pozwolą na efektywne wykorzystywanie zgromadzonej wody opadowej – podkreśla wiceprezes NFOŚiGW Artur Lorkowski.

W ramach unijnego konkursu wspierane będą projekty dotyczące m.in.: budowy, rozbudowy lub remontu sieci kanalizacji deszczowej oraz infrastruktury towarzyszącej, która przyczynia się do odprowadzania, zatrzymania, retencjonowania, wykorzystania i/lub oczyszczania wód opadowych; budowy, rozbudowy lub remontu zbiorników wód opadowych wraz z infrastrukturą towarzyszącą (w tym m.in. urządzenia podczyszczające i instalacje rozprowadzania zebranej wody); likwidacji zasklepienia lub uszczelnienia gruntu przez stosowanie wzmocnień przepuszczalnych dla wody (np. ażurowych lub żwirowych).

Konkurs skierowany jest do miast ujętych w projekcie 1b, polegającym na opracowaniu lub aktualizacji planów adaptacji do zmian klimatu w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, lub których gęstość zaludnienia jest wyższa niż 1200 mieszkańców/km2, albo jeśli projekt dotyczący zagospodarowania wód opadowych jest ujęty w kontrakcie terytorialnym dla danego województwa według stanu na 31 października 2016 r.

Do konkursu – poza jednostkami samorządu terytorialnego i ich związkami – mogą przystąpić podmioty świadczące usługi publiczne w ramach realizacji obowiązków własnych JST, czyli np. spółki komunalne. Na gminne projekty, które pozwolą miastom rozwinąć systemy gospodarowania „deszczówką”, przewidziano dofinansowanie do 85 proc. kosztów kwalifikowanych. Budżet 60 mln zł pochodzi z unijnego działania 2.1 „Adaptacja do zmian klimatu wraz z zabezpieczeniem i zwiększeniem odporności na klęski żywiołowe, w szczególności katastrofy naturalne oraz monitoring środowiska”, typ projektu 2.1.5 „Systemy gospodarowania wodami opadowymi na terenach miejskich”. (NFOŚiGW)

Poruszanie się samochodem w obliczu nowych restrykcji sanitarnych

Rząd zapowiedział zmiany w obostrzeniach nakładanych na społeczeństwo w ramach walki z koronawirusem. W sobotę, 30 maja wejdą w życie nowe zasady funkcjonowania – jak wpłyną one na podróżowanie samochodem? Czy brak maseczki wśród osób znajdujących się w pojeździe może skutkować nałożeniem mandatu?

Czwarty etap tzw. „luzowania” obostrzeń może dostarczyć sporo zmian w wygodzie przemieszczania się na świeżym powietrzu. Prezes Rady Ministrów – Mateusz Morawiecki zapowiedział, że od 30 maja dozwolone będzie poruszanie się w otwartej przestrzeni bez noszenia maski zakrywającej nos i usta, jednak pod warunkiem zachowania 2 m odstępu między innymi. W przypadku przejścia zatłoczonym chodnikiem lub uliczką wymagane jest nałożenie maseczki ochronnej (wyjątek stanowią rodzice z dziećmi do 13. roku życia czy osoby wspólnie mieszkające).
Obowiązkowe pozostaje używanie maseczki zakrywającej usta i nos w przestrzeniach zamkniętych – sklepy, urzędy, kościoły czy komunikacji publicznej (tramwaj, metro, autobus, pociąg)

– W samochodzie nie ma obowiązku noszenia maseczek, bo jesteśmy najczęściej w nim sami albo w tym gronie, w którym żyjemy w domu. Maseczki będą obowiązkowe w transporcie publicznym. – zapowiadał minister zdrowia, Łukasz Szumowski.

Maseczka ochronna podczas jazdy prywatnym samochodem nie jest obowiązkowa, gdy: poruszamy się samodzielnie;  poruszamy się wraz z osobami z którymi zamieszkujemy w jednym gospodarstwie domowym;  jeśli wyklucza to stan zdrowia pasażera

Pamiętać należy jednak o tym, że w przypadku kontroli drogowej. Funkcjonariusz ma prawo do zażądania odkrycia ust i nosa w celu ustalenia tożsamości osoby znajdującej się w samochodzie.
Wystawienie mandatu przez policjantów za brak maseczki jest jednak rzadkością, a wręcz ostatecznością. Ewentualny mandat za brak oczekiwanej reakcji wynosi 500 złotych, jednak należy zwracać uwagę i wystrzegać się nadużyć, które mogą skutkować karą administracyjną wynoszącą od 5 tysięcy złotych do 30 tysięcy złotych.

Autor: Marek Kiszczak, student dziennikarstwa na UKSW

O krok do przodu przed innymi

Innowacyjne centra badawczo-wdrożeniowe w zakresie cyfrowej nauki i technologii, nowatorskie metody interdyscyplinarnego kształcenia w obszarze nauk społecznych, humanistycznych, biologicznych i medycznych  odmieniły zupełnie wizerunek Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W ciągu zaledwie kilku lat ks. prof. dr hab. Stanisław Dziekoński, rektor UKSW urzeczywistnił w pełni swój wizjonerski program restrukturyzacji uczelni i wprowadził ją do pierwszej ligi najlepszych szkół wyższych w Polsce. Szerokoprofilowy uniwersytet stał się wiodącym ośrodkiem, który zapewnia wysoki poziom kształcenia ponad 11 tys. studentów na ok. 50 kierunkach oraz wielodziedzinową współpracę nauki i gospodarki.

– Spodziewał się ks. rektor tak imponującego efektu po 8 latach zarządzania uczelnią?

Dążyłem do tego przez dwie kadencje, ale efekt jest dużo lepszy niż się tego spodziewałem. To jest zasługa wspaniałych ludzi, utalentowanych i obdarzonych niezwykłą wyobraźnią, z którymi wspólnie tego dokonaliśmy w ciągu tych 8 lat. Startując w wyborach na rektora w 2012 roku miałem sprecyzowany plan połączenia dziedzictwa naukowego uczelni z takim rozwojem, który sprosta wyzwaniom współczesnego świata. Przyznam, że nie było to łatwe zadanie, żeby do moich pomysłów związanych z cyfryzacją, przekonać społeczność akademicką, przyzwyczajoną do szkoły sprofilowanej w określony sposób. Sama nazwa uczelni zachęcała do tego, żeby pozostać uniwersytetem, ale na poziomie akademii,  a nie dokonywać przeskoku w kierunku technologii cyfrowych. Przez pierwsze dwa lata przeprowadzałem zmiany w strukturze uczelni, z myślą o stworzeniu e-uniwersytetu. Byłem jednym z pierwszych rektorów wśród polskich uczelni, który miał taki pomysł.  Konsekwentna realizacja tych zamierzeń doprowadziła  przed kilku laty do powołania Centrum Technologii Informacyjnych Nauk Humanistyczno – Społecznych. To był pierwszy duży i bardzo ważny projekt dla UKSW, dlatego, że połączył specyfikę naszego uniwersytetu w zakresie humanistyki i nauk społecznych, z tym, co chcieliśmy rozwijać, czyli z technologiami cyfrowymi. Otrzymaliśmy grant  z NCBR który pozwolił na stworzenie bazy, pod  budowę przyszłej, bardzo nowoczesnej infrastruktury.

– Uczelnia miała specjalistów w tej dziedzinie?

– Zyskałem sojuszników wśród niezwykle kompetentnych osób do realizacji mojego pomysłu,którzy związali się z naszą uczelnią. Centrum Technologii Informacyjnych dla humanistyki i nauk społecznych powstało we współpracy z Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej i Ośrodkiem Przetwarzania Informacji. Jest to zbiór nowoczesnych rozwiązań  zapewniających stały i bezpieczny dostęp do zaawansowanej infrastruktury informatycznej, umożliwiającej prowadzenie nowatorskich badań, a także łączności z międzynarodowymi i naukowymi sieciami teleinformatycznymi. Budowa tego Centrum była odpowiedzią na współczesne potrzeby i wymagania środowiska naukowego, studenckiego, a także osób szukających szybkiego kontaktu ze specjalistami różnych dziedzin; humanistyki, prawa, socjologii, psychologii i medycyny. Ośrodki tworzone w ramach tego Centrum, w znakomitej większości są nowatorską inicjatywą, a ich potencjał przybliża nas do światowych osiągnięć z zakresu szeroko rozumianej infrastruktury informatycznej dla humanistyki i nauk społecznych, cyfryzacji czy rozwoju wirtualnej medycyny. Jestem bardzo dumny z tego przedsięwzięcia, za które otrzymaliśmy prestiżową nagrodę LUMEN w kategorii rozwój uczelni, przyznawaną przez kapitułę złożoną z wybitnych przedstawicieli świata akademickiego oraz praktyków zarządzania.

– Sukces tego przedsięwzięcia motywował do dalszego rozwoju technologii cyfrowych na UKSW?

– Na uczelni powstały bardzo profesjonalne zespoły złożone z informatyków, programistów, analityków, badaczy i uczonych, zajmujących się tą dziedziną. Większość pracowała początkowo za niewielkie pieniądze, bo uczelni nie było stać na ich wynagradzanie. To ich nie zniechęcało. Udzielał się im mój entuzjazm i wiara, że dokonany na uczelni czegoś niezwykłego w dziedzinie  rozwoju cyfrowej nauki i technologii . Wyspecjalizowane zespoły przygotowywały ambitne projekty i sięgaliśmy po granty na ich realizację i było coraz lepiej. To, że ściągałem do nas wybitnych uczonych, w tym m.in. prof. Marka Niezgódkę, który przez wiele lat kierował Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego na Uniwersytecie Warszawskim, prof. Andrzeja Jankowskiego, twórcy  Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, prof. Andrzeja Skowrona, jednego z najlepszych specjalistów w zakresie sztucznej inteligencji, było bardzo dużym osiągnięciem, a może nawet zrządzeniem Opatrzności. Uczeni wnieśli własne know – how i swoim autorytetem uwiarygodnili działania, które w sposób odpowiedzialny i przewidywalny pozwoliły zbudować szeroki profil UKSW.

– Uczelnia stała się partnerem dla poważnych ośrodków naukowych i biznesowych. Jak to się przekłada na kolejne działania?

 Staliśmy się rozpoznawalni wśród uczelni technicznych, w tym politechnik, WAT oraz instytutów badawczych. To nam dodało skrzydeł i zachęciło do coraz ambitniejszych działań. Od kilku lat nasza uczelnia konsekwentnie buduje obszar technologii cyfrowych, bardzo ważny dla dzisiejszej  gospodarki i życia społecznego. Budowa Centrum Cyfrowej Nauki i Technologii, którym kieruje prof. Marek Niezgódka, jest postawienie przysłowiowej „kropki nad i”, w tych wszystkich dążeniach i działaniach które przez kilka lat wspólnie programowaliśmy i podejmowaliśmy. Inwestycja w naszym nowym kampusie w Dziekanowie Leśnym jest już prawie na ukończeniu.  Budynki są jeszcze w surowym stanie, ale już gromadzimy wyposażenie laboratoriów, na najwyższym światowym poziomie. Mogliśmy ten projekt zrealizować dzięki intensywnej współpracy naukowo-badawczej z PGE i KGHM „Polska Miedź”, najpotężniejszymi spółkami Skarbu Państwa. Prowadzimy już wspólnie kilka ważnych dla gospodarki i energetyki projektów badawczo-wdrożeniowych. Niedługo pokażemy już pierwsze, imponujące efekty tych działań. Stale pojawia się coś nowego nie tylko w sferze badawczo-rozwojowej, ale także w rozwoju naszej infrastruktury. W kwietniu tego roku postawiliśmy w naszym kapusie w Warszawie przy ul. Wóycickiego komputer o najsilniejszej w Polsce mocy obliczeniowej, w obszarze sztucznej inteligencji. Dzięki temu od razu ściągnęliśmy innych partnerów którzy z niego korzystają.

– Wśród najważniejszych osiągnięć ostatnich lat było także utworzenie Collegium Medicum na UKSW. Wierzył ks. rektor, że uda się tego dokonać w drugiej kadencji kierowania uczelnią?

– Nie dopuszczałem do siebie nawet takiej myśli, że coś mi w tym przeszkodzi.  Powołanie Wydziału Medycznego wiązało się z szeregiem formalności, które wymagały czasu, ale przebrnęliśmy przez to wszystko z sukcesem. Collegium Medicum działa już od roku i bardzo prężnie się rozwija. W budowaniu pozycji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w przestrzeni akademickiej utworzenie Wydziału Medycznego było jedną z kluczowych decyzji. Społeczność akademicka patrzy na medycynę w sposób holistyczny, gdzie ciało, umysł, emocje i dusza stanowią jedność. Stąd też w kształcenie przyszłych lekarzy i pielęgniarek włączyliśmy bogactwo nauk humanistycznych, by w ten sposób możliwie najlepiej przygotować naszych studentów do pracy z człowiekiem potrzebującym pomocy i chorym. Cały wysiłek, jaki został włożony w powstanie tego wydziału z kierunkiem lekarskim i pielęgniarstwem, traktujemy jako wotum wdzięczności dla dwóch wielkich Polaków, związanych z naszym uniwersytetem: Stefana Kardynała Wyszyńskiego w czasie przygotowana do beatyfikacji i św. Jana Pawła II w 100-lecie urodzin.

– Następca ks. rektora będzie miał już łatwiejsze zadanie w dalszym umacnianiu pozycji uczelni. Proszę mi zdradzić, co zdecydowało o tak dużym sukcesie w reorganizacji UKSW w ciągu zaledwie kilku lat?

– Otwartość do ludzi i odporność na krytykę. Mało kto wierzył w pomyślną realizację moich wizjonerskich planów stworzenia cyfrowej nauki, technologii i medycyny na UKSW. Ja konsekwentnie do tego dążyłem i zyskiwałem coraz więcej sojuszników. Teraz przekształcenie uniwersytetu w szerokoprofilową uczelnię, która ma wielu partnerów na całym świecie zostało docenione. Bardzo się cieszę, że nie zawiodłem zaufania, ani hierarchów kościelnych, ani osób cywilnych, które mnie wspierały podczas pierwszej i drugiej kadencji. Zyskaliśmy uznanie nie tylko w środowisku naukowym, ale jesteśmy również traktowani jako ważny uczestnik życia społecznego i gospodarczego.

– W czym się to przejawia?

Nasze badania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji pozwalają na analizowanie wielu istotnych prognoz dla gospodarki i ludzkiego zdrowia, w tym również różnych zagrożeń. Mam wielką satysfakcję, że mogę się dzielić naszymi dokonaniami z ludźmi reprezentującymi bardzo różne środowiska zarówno w kraju jak i za granicą. Niedawno byliśmy wspólnie z Politechniką Warszawską i WAT uczestnikami międzynarodowej konferencji „Obrad okrągłego stołu”, organizowanej online przez Stowarzyszenie Elektryków Polskich (SEP), z którym współpracuję od początku mojej pierwszej kadencji. Ta współpraca była zresztą impulsem do powołania Centrum Technologii Informacyjnych w zakresie humanistyki i nauk społecznych. Kontynuujemy tę partnerską współpracę do tej  pory wymieniając się wiedzą i doświadczeniem. Podczas tej konferencji skoncentrowanej na technologiach cyfrowych i ich zastosowaniu, zostaliśmy w sposób szczególny wyróżnieni. Jako jedyny z rektorów zostałem poproszony o wprowadzenie do debaty z udziałem międzynarodowych autorytetów ze świata nauki  i pokazania naszej skuteczności w rozwoju cyfrowej nauki i technologii. Referat na temat nowatorskich rozwiązań wygłosił natomiast  prof. Marek Niezgódka, co dodatkowo nobilituje naszą aktywność w tej dziedzinie. W mojej ocenie uniwersytet powinien odgrywać kluczową rolę w rozwoju technologicznym, gospodarczym, społecznym i kulturowym zwłaszcza w czasach szybkich przemian cywilizacyjnych,   jakich dzisiaj doświadczamy. Dla skutecznej realizacji tych zadań w świecie wymuszającym nieustanne doskonalenie, niezbędne jest podejmowanie inicjatyw wspierających rozwój zaawansowanych technologii, podnoszenie kwalifikacji i tworzenie programów integrujących. W dobie globalnej cyfrowej rewolucji cywilizacyjnej na uniwersytecie katolickim spoczywa obowiązek kształcenia przyszłych pokoleń  w taki sposób, aby wzięły na siebie odpowiedzialność za życie i zdrowie człowieka oraz za przyszłość kraju, Europy i świata.

Z ks. rektorem Stanisławem Dziekońskim rozmawiała Jolanta Czudak

Czas omija miejsca, które wspominamy

Jak wyglądało kiedyś życie i jak bardzo różni się od dzisiejszej rzeczywistości?  Czas nie zatarł wspomnień w pamięci Janiny Dąbrowskiej, 76 letniej mieszkanki Starego Kalinowa. Zapomnieć nie można zwłaszcza o bolesnych wydarzeniach.  O śmierci dziecka, trudnych doświadczeniach z teściami i czasach młodości z seniorką rodu rozmawia  wnuczka, Edyta Dąbrowska, studentka dziennikarstwa na UKSW.

ED: Masz 76 lat, czy pamiętasz czasy dzieciństwa? Może rodzice Ci coś opowiadali?

JD: Sama nie pamiętam dokładnie wczesnego dzieciństwa. Pamiętam tylko późniejsze czasy, kiedy trzeba było pomagać rodzicom przy sianokosach. Często przez to zaniedbywałam szkołę. Żeby zarobić na swoje potrzeby zbierałam jagody, maliny, a potem je sprzedawałam. Pamiętam jak kiedyś uzbierałam 5 kilogramów jagód i słoik, w którym je przyniosłam na skup zbił się. Pani, która prowadziła ten skup nie chciała ich przyjąć. Rozpłakałam się. Wtedy to były duże pieniądze, a ja ciężko na to pracowałam. W końcu  jednak udało mi się ją przekonać.

ED: Powiedziałaś, że zaniedbywałaś szkołę. Jaką wagę przywiązywałaś do kształcenia?

JD: Oceny zawsze miałam dobre. Ciężko było pogodzić mi pracę i pomoc rodzicom z nauką. Nauczyciele byli bardzo surowi, więc musiałam się uczyć. Wtedy mogli nawet skarcić ucznia linijką za niesubordynację. Po szkole, w wieku 17 lat zaczęłam pracować jako krawcowa. Tam zarabiałam już więcej i mogłam kupić sobie zegarek albo łóżko, jakiego nie miał nikt w okolicy. Ludzie spali na wypełnianych słomą siennikach. Ja kupiłam sobie kozetkę. Ta praca przygotowywała mnie do egzaminu, po którym mogłam pracować dalej u kobiety, która mnie zatrudniała. Egzamin był w dniu wesela mojej znajomej. Niestety byłam młoda i głupia. Wybrałam wesele. Rodzice nie nalegali, abym poszła na egzamin. Potem bardzo tego żałowałam.

ED: A jak wyglądało życie towarzyskie? Mam na myśli imprezy, spotkania ze znajomymi.

JD: Urządzało się majówki. Były to imprezy na otwartej przestrzeni. Odgradzało się dość duży obszar, gdzie zbierała się cała okoliczna młodzież. Tam wszyscy tańczyliśmy i poznawaliśmy się bliżej.

ED: Tam też poznałaś swojego męża, a mojego dziadka?

JD: Męża znałam już wcześniej. Mieszkaliśmy od siebie w odległości zaledwie 1,5 kilometra. To tak jakbyśmy mieszkali w jednej miejscowości.

ED: Jak więc dziadek został Twoim mężem?

JD: Myślę, że od zawsze mu się podobałam. Nawet jak jeszcze ze mną nie był, nazywał mojego tatę teściem. Zawsze pytał „Jak się chowa córka, teściu?”, na co tata odpowiadał „Bardzo dobrze, zięciu”. Potem zaczęliśmy się spotykać. Kiedyś jak pojechał na dwa tygodnie do pracy do Gdańska, ja wykorzystałam okazję i po tygodniu poszłam z kolegą na zabawę. Jak się okazało mój, wtedy jeszcze chłopak, też tam był. Było mi bardzo głupio. Nie odzywaliśmy się do siebie przez kilka następnych dni. Na szczęście w końcu się pogodziliśmy. Miałam też wielu innych adoratorów, ale to właśnie Mietek podobał mi się najbardziej. Dlatego w wieku 19 lat wyszłam za niego za mąż.

ED: Czy wejście w dorosłe życie sprawiło Ci trudność? 19 lat to bardzo młody wiek, nie bałaś się, że możesz sobie nie poradzić?

JD: Bałam się, ale w tamtych czasach to było normalne. Byliśmy przygotowywani do tego od dziecka. Wtedy 19 lat to był dobry czas na rozpoczęcie dorosłego życia. Najgorsze były moje relacje z teściami. Mieszkanie z nimi pod jednym dachem było bardzo trudne. Nie dogadywaliśmy się. Mieszkaliśmy w jednym pokoiku, a oni mieli dla siebie cały dom. Kiedy teść miał wypadek na koniu, to ja się nim zajęłam. Na łożu śmierci podziękował mi za wszystko i przeprosił. Myślę, że trzeba pomagać sobie, nawet jeśli ktoś na to nie zasługuje.

ED: Jestem pełna podziwu dla takiej postawy. Niewielu ludzi stać na taki czyn. Jak więc udało Ci się wychować czwórkę dzieci i jak wyglądały narodziny w tych trudnych czasach.

JD: Nie było to proste. Starałam się wpoić swoim synom jak najlepsze wartości. Niestety, nigdy nie doczekałam się córki, chociaż od zawsze o tym marzyłam. Pierwsze dziecko miałam w wieku 21 lat. Narodziny były bardzo trudne. Była zima. Wtedy zimy wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Śnieg był po kolana. Jedynym środkiem transportu były sanie. Kiedy zaczynałam rodzić wsiedliśmy na sanie i ruszyliśmy w stronę Starej Rusi. Było to 4 kilometry od miejsca zamieszkania. Tam mieszkała kobieta, która była pielęgniarką i mogła odebrać poród. Po drodze wywróciliśmy się saniami dwa razy. W końcu udało się. Urodziłam 5 kilogramowego syna.  Na szczęście kolejne porody odbyły się bez takich przygód.

ED: Wiem, że straciłaś jedno dziecko dwa tygodnie po jego narodzinach. Jeśli nie jest to dla Ciebie trudne, czy mogłabyś opowiedzieć jak się wtedy czułaś?

JD: To było wstrząsające przeżycie. Julian urodził się i był zdrowym chłopcem. Niestety, w szpitalu dostał zapalenia płuc. Waga z 4500 g spadła do 2300 g. Wiedziałam, że będzie źle. Jak najszybciej poprosiliśmy sąsiadów, żeby zostali chrzestnymi i ochrzciliśmy Juliana. Po kilku dniach umarł. Jak powiedziałaś miał dwa tygodnie. Jak się czułam? Czułam pustkę, ogromny żal. To był przecież mój syn. Utrata dziecka jest najgorszą rzeczą, która może się przydarzyć matce. Nie życzę tego najgorszemu wrogowi. Ale musiałam żyć dalej. Wraz z mężem pogodziliśmy się z tym. Wiedzieliśmy, że aby żyć dalej i wychować dzieci nie możemy rozpamiętywać tej tragedii.

ED: To bardzo trudne doświadczenie. Wraz z dziadkiem poradziliście sobie z tym problemem. Wychowaliście resztę dzieci na dobrych ludzi.

JD: To prawda. Jestem dumna ze swoich synów.

ED: Chciałabym wrócić teraz do zmian na przestrzeni tych lat. Jak radziliście sobie bez telefonów komórkowych? W dzisiejszych czasach jest to nie do pomyślenia.

JD: Tak, teraz nawet ja nie wyobrażam sobie życia bez telefonu komórkowego. Wtedy nikt nie znał takiego urządzenia. Teraz młodzież poznaje się przez Internet. My wtedy poznawaliśmy się na wcześniej wspomnianych imprezach. Czasami były na nich tzw. „rajki”, czyli znajome, które poznawały ze sobą chłopaka i dziewczynę. Jeśli się sobie spodobali, często byli razem i pobierali się, jeśli nie, po prostu szukali dalej. Nie było 2 godzinnych rozmów ze znajomymi przez telefon, tak jak teraz. Dzisiaj ludzie mają dobrobyt.

ED: Masz rację. W dzisiejszych czasach ludzie mają o wiele lepiej. Czy te zmiany bardzo wpłynęły na Twoje życie?

JD: Tak, wszystkie te zmiany bardzo ułatwiają mi życie. To, że mogę teraz zadzwonić do każdego kto jest daleko sprawia, że nie czuję się taka samotna. Mogę pogadać z wnukami, którzy są daleko na studiach lub z przyjaciółką, która mieszka dwa domy dalej. W dobie koronawirusa, kiedy nie mogliśmy wychodzić z domu było to bardzo pomocne. Wszystkie te zmiany, nawet wynalezienie maszyn, dzięki którym prowadzenie gospodarstwa nie było już takie trudne jak na początku, były zbawieniem. Praca na roli stała się duża łatwiejsza. Teraz już nie prowadzę gospodarstwa, ale jak widzę jak inni ludzie używają coraz to nowych maszyn zazdroszczę im. Ja niestety nie zawsze miałam tak lekko. Wszystko robiłam własnymi rękami.

ED: Myślisz, że w najbliższej przyszłości wszystko jeszcze bardziej się zmieni?

JD: Myślę, że na pewno. Ludzie tworzą teraz nowe wynalazki, wszystko jest zautomatyzowane. Niedługo roboty będą robić wszystko za nas. Nie uważam, żeby było to dobre. Ludzie powinni umieć poradzić sobie sami. Gdyby dzisiaj znaleźli się na bezludnej wyspie, myślę, że duża część nie dałaby sobie rady.

ED: Podzielam Twoje zdanie. Sama chciałabym, żeby inaczej to wszystko wyglądało. Chcę także podziękować za rozmowę. Być może nie należała ona do najłatwiejszych, dlatego tym bardziej Ci dziękuję, że się przede mną otworzyłaś.  

Autorka: Edyta Dąbrowska, studentka dziennikarstwa na UKSW

Nie uciekaj w zapomnienie

„I got issues, but you got them too” to słowa śpiewane przez Julię Michaels, które są z pewnością prawdziwe, ponieważ każdy człowiek na świecie ma problemy. Mniejsze lub większe, ale nadal z czymś musi się zmagać. Jednak zawsze stara się z nimi na swój sposób poradzić. Czy właściwy? Trudno stwierdzić, bo czasami niektóre nasze działania będą miały wpływ na nasze życie dopiero w przyszłości. A to jakie decyzje dziś podejmujemy, mogą odbić się nie tylko na nas, ale również na osobach nam bliskich i może jeszcze na tych, których jeszcze nie znamy.

Ludzie najczęściej próbują uciec od swoich demonów. Schować się i udawać, że ich nie ma. Czasami nawet na siłę wypierają je ze swojego umysłu i udają, że nic im nie jest. Odrzucenie złych myśli jest naturalną rzeczą, którą na początku każdy robi. Jednak mimo takiego zachowania, problemy tak łatwo nie odchodzą, tylko dalej będą nas prześladować.

Wiele osób próbuje zapomnieć o swoich problemach. Przyćmić je, zagłuszyć. Wykorzystują do tego bardzo różne metody. Niektórzy uciekają w ramiona alkoholu. Stale zapijają wszystkie swoje złe myśli. Inni wykorzystują do tego m.in. narkotyki, które ze skutkiem zagłuszają i zasłaniają problemy. Są także osoby, które chcąc oderwać się od otaczającej rzeczywistości, starają się znaleźć ukojenie w namiętności. Postępują tak, ponieważ niby wszystko wydaje się być lepsze od stawienia czoła swoim najgorszym koszmarom.

Jednak nie ważne jest, jak bardzo będzie się chować i odganiać złe myśli, one tak naprawdę nigdy nie uciekną. Problemy same nie przeminą, nie zniknął. Można starać się je odwlec jak najdalej w przyszłość, ale to zazwyczaj nie kończy się dobrze. Problemy się namnażają i stają się coraz trudniejsze do pokonania. Jeśli ktoś nie potrafi poradzić sobie sam w takich momentach, powinien spróbować i zwrócić się o pomoc do najbliższych. W końcu prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Takie osoby powinny postarać się zrozumieć sytuację i poszukać razem jakiegoś wyjścia. Bo nie ważne jak skomplikowane są problemy, lepiej jest je w jakiś sposób rozwiązać, niż uciekać przed nimi.

Autorka: Marta Szymańska, studentka dziennikarstwa na UKSW

Okulistyka jest dziedziną, która wspaniale pozwala się obrazować

Dzięki rekomendacjom Głównego Inspektora Sanitarnego oraz konsultanta krajowego z dziedziny okulistyki przywracane są stopniowo planowe zabiegi operacyjne. Takie rozwiązanie zalecało również  Europejskie Towarzystwo Chirurgii Zaćmy i Chirurgii Refrakcyjnej. Jedyny Polak zasiadający w tym gronie – profesor Robert Rejdak (na zdj.), kierownik Kliniki Okulistyki Ogólnej lubelskiego Uniwersytetu Medycznego i prezes Stowarzyszenia Chirurgów Okulistów Polskich, wyjaśniał w rozmowie z Wojciechem Brakowieckim,  na antenie Radia Lublin, że sytuacja epidemiczna spowodowała, iż część działalności naukowej i szkoleniowej przeniosła się do Internetu.

 – My w Lublinie, na Uniwersytecie Medycznym jesteśmy pionierami zarówno w kwestii ćwiczeń ze studentami jak i prowadzenia wykładów, seminariów. Zaistniała sytuacja pozwoliła nam w bardzo szybki sposób rozszerzyć działalność na szkolenia okulistów. Okulistyka to dziedzina, która wspaniale pozwala się obrazować. Narząd wzroku można sfotografować, można przedstawić wyniki badań w formie zapisów graficznych, także operacje oka bardzo często filmujemy i właśnie takie filmy i obrazy bardzo łatwo i skutecznie można przedstawić na szkoleniach, pokazując fragmenty operacji, objawy chorób. W przypadku okulistyki jest to wyjątkowo wygodne i możliwe – powiedział prof. Rejdak.

Czy to znaczy, że paradoksalnie epidemia koronawirusa spowodowała, że szkolenia przeniosą się do sieci?

– Zawsze różnego rodzaju katastrofy wymuszają wprowadzanie nowych rozwiązań. Epidemia spowodowała, że szkolenia online z nami zostaną, dlatego że są po prostu wygodne. Można je prowadzić z własnego fotela w gabinecie czy w klinice, nie trzeba pokonywać tysięcy kilometrów. Chciałbym podkreślić, że Lublin w tej chwili stał się centrum szkolenia dla lekarzy ze Wschodu – z Ukrainy, Białorusi, Gruzji, Litwy i Łotwy. Łączymy się regularnie z grupami lekarzy z tych krajów pokazując im nowe rozwiązania w okulistyce. Szkolenia lekarzy z całej Polski prowadzimy cyklicznie również w Lublinie – powiedział gość Wojciecha Brakowieckiego.

WB / SzyMon

Współpracę z radiową Trójką skończyła językoznawczyni prof. Katarzyna Kłosińska. Przez wiele lat prowadziła w rozgłośni cykl „Co w mowie piszczy”

Profesor Katarzyna Kłosińska, przewodnicząca Rady Języka Polskiego i popularyzatorka kultury języka polskiego, w Programie Trzecim Polskiego Radia prowadziła piątkową audycję „Co w mowie piszczy” poświęconą m.in. ciekawostkom językowym, historii polszczyzny, poprawności językowej.

Ze słuchaczami pożegnała się na antenie w ostatniej audycji: – Żegnam się z Trójką, bo tej Trójki, do której przychodziłam, już po prostu nie ma. Trójka już jakiś czas temu stała się narzędziem – nie ma co ukrywać – propagandy. I choć mnie to uwierało, to sądziłam, że póki jestem komuś potrzebna, póki ktoś chce słuchać moich wykładów o języku, póty jest sens to robić. Ale media publiczne coraz bardziej przypominają świat Orwellowskiej Oceanii. Znaczenia słów są w niej wypaczane, odwracane – w której prawda to kłamstwo.

Orwell pisze też o fałszowaniu przeszłości – powiedziała prof. Kłosińska. I zacytowała: „jeżeli z faktów wynika co innego, fakty należy zmienić”.

Katarzyna Kłosińska pracuje jako adiunkt w Instytucie Języka Polskiego Uniwersytetu Polskiego. W 2019 roku. została przewodniczącą Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Napisała kilka książek popularnonaukowych o polszczyźnie.

źródło: polskiemedia.org, Wirtualne Media

foto: Maciek Jaźwieck/AG

Doświadczenie uczy. Czy Polak będzie mądry przed szkodą?

Kibice naszej, polskiej ekstraklasy z pewnością zacierają ręce. Już w najbliższy weekend rozgrywki zostaną wznowione. Jednak w ostatnich dniach inna informacja zwróciła na siebie uwagę kibiców. Pojawił się pomysł powrotu fanów na stadiony.

Według informacji działu sportowego Interii PZPN przesłał do premiera Mateusza Morawieckiego dokument opisujący zasady, jakie miałyby obowiązywać podczas powrotu kibiców na trybuny. Projekt zakłada, że na początku miałoby to być maksymalnie 20 proc. pojemności stadionu. Dalej w Polsce obowiązuje zakaz organizacji imprez masowych więc liczba kibiców nie mogłaby przekroczyć 999 osób. Według założeń PZPN-u wszystko miałoby się odbywać w nowym reżimie sanitarnym. Ostateczna decyzja należeć będzie do premiera, i jeśli okaże się pomyślna dla władz polskiej piłki, będzie to ewenement na skalę światową.

Z dnia na dzień liczba zdiagnozowanych przypadków koronawirusa zwiększa się o 300 czy nawet 400 osób. Czy to dobry czas na takie decyzje? Przy wzroście o kilkadziesiąt zakażeń rozgrywki ekstraklasy zostały zawieszone, a przy znacznie większym wzroście piłkarze wracają do gry i pojawia się nawet pomysł na obecność kibiców na trybunach. Takie decyzje mogą się wydawać trochę niezrozumiałe.

Co prawda, projekt PZPN-u zakłada znaczne ograniczenie w liczbie osób przebywających na trybunach, jednak widząc tempo znoszenia ograniczeń w Polsce można dojść do wniosku, że tak mała grupa kibiców byłaby obecna tylko podczas kilku kolejek. Od zawsze wiadomo, że obecność fanów na stadionach wpływa na grę obu drużyn i jest nieodzownym elementem całego widowiska, jakim jest mecz piłki nożnej. Jednak na etapie epidemii, na którym obecnie znajduje się Polska należy się wykazać nieco większym pragmatyzmem.

Znane polskie powiedzenie mówi “mądry Polak po szkodzie”. Może warto zmienić je na “mądry Polak po szkodzie innych” i zastosować przy podejmowaniu decyzji? Mecze Ligi Mistrzów rozegrane przy pełnych trybunach we Włoszech i w Wielkiej Brytanii mogły znacząco przyczynić się do rozwoju pandemii w obu tych krajach. Takie spekulacje zostały potwierdzone przez członka WHO, profesora Waltera Riccardiego oraz raport firmy Edge Health.

Obecność kibiców jest ważna, ale nie najważniejsza. W obecnej sytuacji najważniejsze powinno być opanowanie epidemii i zdrowie piłkarzy, jak i ich fanów.

Autorka: Natalia Pazyna, studentka dziennikarstwa na UKSW

Ostatnie artykuły

60 mln zł unijnych dotacji na gospodarowanie wodami opadowymi

Od 29 czerwca samorządy miejskie będą mogły starać się o unijne dofinansowanie na budowę, rozbudowę lub remont sieci kanalizacji deszczowej oraz zbiorników wód opadowych....

Poruszanie się samochodem w obliczu nowych restrykcji sanitarnych

Rząd zapowiedział zmiany w obostrzeniach nakładanych na społeczeństwo w ramach walki z koronawirusem. W sobotę, 30 maja wejdą w życie nowe zasady funkcjonowania –...

O krok do przodu przed innymi

Innowacyjne centra badawczo-wdrożeniowe w zakresie cyfrowej nauki i technologii, nowatorskie metody interdyscyplinarnego kształcenia w obszarze nauk społecznych, humanistycznych, biologicznych i medycznych  odmieniły zupełnie wizerunek Uniwersytetu Kardynała...

Czas omija miejsca, które wspominamy

Jak wyglądało kiedyś życie i jak bardzo różni się od dzisiejszej rzeczywistości?  Czas nie zatarł wspomnień w pamięci Janiny Dąbrowskiej, 76 letniej mieszkanki Starego...

Nie uciekaj w zapomnienie

„I got issues, but you got them too” to słowa śpiewane przez Julię Michaels, które są z pewnością prawdziwe, ponieważ każdy człowiek na świecie...