Finansowy kaganiec niszczy niepubliczne uczelnie

216

Odbieranie niepublicznym uczelniom prawa do korygowania czesnego o współczynnik inflacji i inwestowanie w rozwój może doprowadzić je do upadłości.  Przy najwyższej w Polsce inflacji od 20 lat, nie można bowiem podnosić podbieranej od studentów opłaty za naukę przez cały okres kształcenia. W przypadku studiów licencjackich wynosi to 3 lata, a magisterskich 5 lat. Stawia to niepubliczne szkoły wyższe w bardzo trudnej sytuacji.

Tracą płynność finansową ze względu na gigantyczny wzrost cen  towarów i usług, w tym za dostawę prądu, wody, odbiór śmieci i wielu innych świadczeń.  Sytuacja w uczelniach publicznych jest bez porównania lepsza, ponieważ dostają rok rocznie wyższe dotacje na kształcenie studentów. Nierówne traktowanie uczelni bardzo niepokoi środowisko akademickie.

Departament Szkolnictwa Wyższego w Ministerstwie Edukacji i Nauki wyjaśniając tak krzywdzące traktowanie uczelni niepublicznych, powołuje się na przepisy ustawy. W odpowiedzi na pismo Wyższej Szkoły Medycznej w Białymstoku, która kształci rocznie ok. 900 studentów, resort edukacji i nauki napisano: „Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nie przewidują możliwości zwiększania raz ustalonych dla studentów opłat, ani wprowadzania nowych opłat. Nie dotyczy to jednak zwiększania wysokości opłat za prowadzenie zajęć nieobjętych programem studiów oraz za korzystanie z domów studenckich oraz stołówek studenckich. Wobec powyższego, za niezgodne z przepisami należy uznać podnoszenie opłat za studia w trakcie ich trwania w zależności od współczynnika inflacji”.

Dodano jeszcze, że „na stronie internetowej rejestru klauzul niedozwolonych Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, pod numerem wpisu: 6026, znajduje się przykładowa niedozwolona klauzula, która wskazuje, iż wysokości opłat czesnego mogą ulec zmianie w okresie studiów o wskaźnik inflacji (wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych).

Uchwalona przed paroma laty ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, powinna zostać szybko znowelizowana w kontekście możliwości zwiększenia wysokości opłat o wskaźnik inflacji, jeśli chcemy utrzymać  w Polsce istniejący system kształcenia studentów. W przeciwnym razie większość niepublicznych szkół wyższych nie przetrwa obecnego kryzysu, a na rynku pracy zabraknie m.in. pielęgniarek, ratowników medycznych, fizjoterapeutów i wielu innych specjalistów. Doprowadzi to do braków kadrowych oraz potężnego załamania w służbie zdrowia i gospodarce.

Przestrogi Wyższej Szkoły Medycznej w Białymstoku

Działająca od 18 lat prywatna uczelnia, założona przez Mikołaja Tomulewicza w 2003 roku, kształciła początkowo jedynie kosmetologów, ale od 2006 roku doszło jeszcze pielęgniarstwo, fizjoterapia i ratownictwo medyczne, a więc nauka w  zawodach poszukiwanych na rynku. Łącznie w roku akademickim 2020/2021 na WSMed naukę pobierało  na studiach licencjackich i magisterskich blisko 900 osób. Około 2/3 absolwentów rok rocznie zasila kadrę w służbie zdrowia.  W nowym roku akademickim będzie podobnie jeśli uczelnia nie straci płynności finansowej z powodu ograniczeń związanych z nieuwzględnianiem współczynnika inflacji  w poborze czesnego.  

– Sytuacja wprowadzająca istotne dysproporcje w finansowaniu kształcenia w niepublicznych i publicznych szkołach wyższych przy szalejącej inflacji bardzo nas niepokoi, do rząd nałożył nam finansowy kaganiec – mówi Mikołaj Tomulewicz, kanclerz Wyższej Szkoły Medycznej w  Białymstoku.  – Uczelnia ponosi wysokie koszty, bo wszystkie świadczenia za korzystanie z usług komunalnych i energetycznych zdrożały o kilkadziesiąt procent, a my nie możemy podwyższać czesnego. Płace dla pracowników naukowych też nie stoją w miejscu. Powstaje pytanie dlaczego państwo ingeruje w wysokość pobieranych opłat od studentów skoro mamy wolny rynek. Takie sprawy powinna regulować tylko uczelnia. Czesne wynosi u nas średnio ok. 650 zł miesięcznie, prawie tyle samo co w prywatnych szkołach podstawowych i średnich, które otrzymują dodatkowo subwencje budżetowe.

 Jeśli prawo się nie zmieni zawodowe, niepubliczne szkoły wyższe padną. Czy rządowi właśnie o to chodzi? Jeśli przestaniemy kształcić pielęgniarki i ratowników medycznych , zabraknie tej kadry w służbie zdrowia. Dotknie to boleśnie samych pacjentów. Za 5 lat ponad 70 tys. pielęgniarek uzyska prawo do świadczeń emerytalnych. Kto je zastąpi jak przestaniemy je kształcić m.in. w niepublicznych szkołach wyższych? Podobne zagrożeni może się pojawić również z ratownikami medycznymi.

– W naszej uczelni kształcimy pielęgniarki, ratowników medycznych i fizjoterapeutów, a także kosmetologów na wysokim poziomie, którzy są poszukiwani na rynku – informuje prof. Lech Chyczewski, rektor białostockiej WSMed. –  Mamy wspaniałych nauczycieli akademickich. Uczelnia posiada wysokiej klasy zaplecze dydaktyczno – naukowe, prowadzi badania naukowe na poziomie międzynaroodowym. Może pochwalić sie kilkoma patentami, w tym miedzynarodowymi, na innowacyjne preparaty przyspieszające gojenie sie ran. W Centrum Symulacji Medycznej wykorzystywane są interaktywne fantomy do ćwiczeń ze studentami, ale też do przeprowadzania obiektywnych egzaminów klinicznych. Nasi absolwenci są bardzo dobrze przygotowani do pracy zawodowej.  Stale się rozwijamy i chcemy być konkurencyjni i najlepsi wswojej dziedzinie, a zatem potrzebujemy pieniędzy na inwestycje, a zamiast tego boimy się teraz o płynność finansową.

Podobne problemy mają pozostałe niepubliczne szkoły wyższe. Część z nich już zaprzestała działalności. Jeśli niekorzystne dla nich prawo się nie zmieni, taki los może wkrótce spotkać inne uczelnie.  

Jolanta Czudak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here