Prof. Horban: W tej chwili powinno się zamknąć także kościoły

103

Nowoczesny szpital powinien mieć centralną tlenownię, którą buduje się, jak pokazał przykład Szpitala Narodowego, w ciągu kilku dni. Większość instalacji tlenowych była w szpitalach obliczona na znacznie mniejsze zużycie. Kiedyś wystarczał on na kilka dni, dzisiaj – na kilka godzin. Problem jest w ich zużyciu – powiedział Rzeczpospolitej główny doradca premiera ds. Covid-19 prof. Andrzej Horban.

Na Oddziale Intensywnej Terapii w Szpitalu Zakaźnym na Woli w Warszawie umiera średnio 65 proc. pacjentów. Zła wiadomość jest taka, że na innych OIOM-ach czy OIT-ach będzie umierało znacznie więcej osób. Scenariusze mówią, w pierwszym wariancie, o śmierci 2–3 proc. Polaków. W gorszym – nawet 10 proc.

„Mamy do czynienia ze społeczeństwem, które nigdy nie zetknęło się z tym patogenem. Wyłączamy z tego dzieci, które często zakażają się koronawirusami – kuzynami SARS-CoV-2. Dzieci mają pamięć immunologiczną. Jeśli więc spotkają się z nowym, ale podobnym, szybko uruchamiają reakcję obronną. Tamte wirusy działają na nie jak szczepionka. Niestety, układ immunologiczny człowieka w zdecydowanej większość przypadków nie ma pamięci trwałej do końca życia, bo jest ona przechowywana w komórkach pamięci: limfocytach B i T, które żyją około 180 dni. Co pół roku ginie ich połowa. Dlatego dorośli nie mają w tym przypadku żadnej pamięci immunologicznej o zetknięciu się z koronawirusami i chorują.” wyjaśnił doradca premiera.

W sytuacji sprawnie działającego systemu opieki medycznej śmiertelność z powodu Covid-19 waha się od 1 do 3 proc. W pierwszej fali epidemii, kiedy wirus jest bardziej zjadliwy, śmiertelność sięga 3 proc., pod warunkiem że służba zdrowia pracuje właściwie.

Co jest przyczyną zgonu?

Ostre śródmiąższowe zapalenie płuc, doprowadzające do zespołu niewydolności oddechowej. ARDS (Acute Respiratory Distress Syndrome) jest jedną z postaci posocznicy, czyli sepsy. W normalnych warunkach ARDS charakteryzuje się 40-proc. śmiertelnością, nawet jeśli pacjent leczony jest na OIT.

„Ten wirus jest jednak nowy, kiedy więc u chorego rozwija się ARDS i pacjent, ze względu na stan zdrowia, musi trafić na leczenie na intensywnej terapii z wykorzystaniem respiratorów, śmiertelność wynosi ok. 65 proc. My akurat mamy wyspecjalizowany oddział do leczenia chorób zakaźnych” – kontynuuje prof. Horban

Liczba personelu przeznaczonego na jednego pacjenta zmniejsza się. Przykładowo jeśli nie jest to jedna pielęgniarka na jednego pacjenta przez całą dobę, jak być powinno, ale tylko jedna pielęgniarka na dziesięciu pacjentów, to opieka medyczna staje się iluzoryczna. Istotą leczenia jest z punktu widzenia pielęgnacji zapobieganie zalewaniu płuc przez płyn wysiękowy i uduszeniu się pacjenta. Takiego chorego trzeba obracać co 15 minut. Wymaga to jednak w przypadku nieprzytomnej osoby trzech–czterech osób.

„Jeśli taka opieka nie jest zapewniona, śmiertelność sięga 90 proc. Ci, którzy przeżyją, mają małe szanse na normalne funkcjonowanie ze względu na niedotlenienie mózgu. Dlatego też kwalifikują się raczej do zakładów opiekuńczo-leczniczych, a nie normalnego życia” przestrzega doradca premiera.

W jaki sposób leczy się pacjentów?

Prof. wyjaśnia „W początkach pandemii wymyślono i wprowadzono terapię tlenem, stosując znaczne większe jego dawki. Normalnie używamy 5–10 litrów tlenu na minutę. Tutaj 60–80 litrów na minutę. Jeśli stosujemy tę terapię tydzień lub dwa, to może dojść do zwłóknienia płuc. Odstawienie człowieka od tlenu w tym przypadku też jest bardzo trudne, ma zniszczone pęcherzyki płucne i zwyczajnie nie ma czym oddychać.

Płuca niestety w odróżnieniu od wątroby nie odbudowują się i jest to utrata bezpowrotna. Stąd należy zrobić wszystko, aby pacjenta leczyć tlenem jak najszybciej i jak najskuteczniej.

Co decyduje o tym, kto i w jakim momencie trafia na OIT?

Trafiają tam osoby starsze i chore. Jeśli ktoś na początku ma połowę sprawnych płuc, bo palił papierosy albo jest osobą starszą, to jego punkt wyjściowy jest fatalny. Zdrowy 80-latek ma połowę wydolności płuc człowieka młodego. Jeśli z tej połowy zabierzemy kolejną połowę, to pacjent automatycznie ma małą szansę przeżycia. Do tego dochodzi niewydolność krążenia, zmiany miażdżycowe w naczyniach, nadciśnienie itp.

Kluczowe dla losów pacjenta są też zaburzenia krzepnięcia towarzyszące tej chorobie. Uszkodzony jest śródbłonek naczyń, co powoduje wykrzepianie płytek i uruchomienie kaskady krzepnięcia. Dlatego też duża część starszych osób umiera z powodu udaru lub zawału.

Ciągle nie ma leku, który by radykalnie leczył chorobę.

Przede wszystkim, jak się wydaje, jest lek skutecznie hamujący replikację wirusa. Musi być podany wcześnie, kiedy jest właśnie ta replikacja i rozkręca się proces odpowiedzi immunologicznej. Ten lek podaje się przez pięć dni i w efekcie większość pacjentów zdrowieje. Dlatego tak istotne jest, byśmy mieli do tego leku ciągły dostęp. I tu jest problem, gdyż jego dostawy odbywają się poprzez Unię, a ponoć z przyczyn technologicznych firma nie może zaoferować większych dostaw.

Następnym krokiem jest hamowanie reakcji immunologicznej, jeśli prowadzi ona do dysfunkcji narządowej i następnie do posocznicy. Wtedy podaje się steryd i intensywnie leczy zaburzenia krzepnięcia. Leczymy pełnymi dawkami leków przeciwzakrzepowych, patrząc, żeby nie przesadzić i nie dać ich za dużo. Bo człowiek zamiast udaru niedokrwiennego może mieć udar krwotoczny. Ostatecznością jest respirator, który oddycha za pacjenta, ale leczenie przy pomocy tego urządzenia też niestety przeważnie kończy się śmiercią.

Czy już jesteśmy na granicy wydolności systemu?

Nawet już ją przekroczyliśmy. Stąd decyzja o budowie szpitali tymczasowych. Kiedy nie będzie stałego dostępu do tlenu, nie będzie łóżek, leków i personelu, który poprowadzi chorego w sposób fachowy to nastąpi załamaniu systemu z punktu widzenia pandemii Żeby przesunąć tę granicę trzeba zwiększyć liczbę łóżek stawiając przy każdym butlę z tlenem. Ale przy zużyciu 60 litrów na minutę taka butla starcza na pół godziny. W Polsce mamy ok. 200 tys. łóżek w placówkach. Jeśli  jednak wyłączymy rehabilitację i sanatoria, bo tam zwykle nie ma dostępu do tlenu, pozostaje ok. 100 tys. łóżek, z tego ok. 30 tys. jest przeznaczonych i gotowych dla pacjentów z Covid-19.

Część obecnych łóżek musi zostać dla pacjentów leczonych na bieżąco. Nie przesuniemy w czasie porodu czy zawału. Wszystkie zabiegi planowe muszą być jednak, niestety, przesunięte na czas po pandemii. Co jest oczywiście dramatem samym w sobie, szczególnie w przypadku schorzeń nowotworowych. Tych łóżek nie powinniśmy ruszać.

Mamy więc do dyspozycji maksymalnie, i raczej teoretycznie, połowę łóżek, czyli ok. 50 tys., jeśli doliczymy łóżka w szpitalach tymczasowych. Przy 30 tys. zdiagnozowanych dziennie średnio 6 tys. osób wymaga pobytu w szpitalu. Średni czas pobytu to dziesięć dni. Oznacza to, że po dziesięciu dniach mamy zajętych 60 tys. łóżek. Jeżeli liczba nowo zdiagnozowanych zacznie przekraczać 30 tys., będzie poważny problem.

Musimy zakazać ludziom wychodzenia z domu bez powodu, jedynie do pracy w zawodach, które są niezbędne do funkcjonowania kraju. Wszystko inne należy zamknąć na miesiąc, uważa prof. Andrzej Horban. Nie tylko galerie, a powinno się zamknąć również kościoły. To, co możemy zrobić, to naprawdę izolować osoby starsze. Ale jest i pewne pocieszenie. Przy takiej liczbie zakażeń osiągniemy odporność stadną w ciągu trzech–czterech miesięcy. Jeśli mamy 30 tys. zakażeń dziennie i przyjmując, że pięć razy tyle jest chorych bezobjawowych, to w ciągu miesiąca przechoruje prawie 6 mln osób.

Żródło: Rzeczpospolita

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here