Marzenia dojrzewają latami, ale trzeba też zrobić pierwszy krok

787

Dwie pozornie odległe pasje – miłość do koni i ceramika artystyczna mogą się wspaniale uzupełniać. Udowodniła to Karolina Obłoczyńska-Burcz – właścicielka stadniny Hirlandia  i pracowni ceramicznej Burczyńska w Dłużcu na Mazurach. Za pierwszą wypłatę kupiła projekt wymarzonej stajni, choć nie miała jeszcze ani jednego konia. Kilka lat później jej marzenie stało się rzeczywistością. Dziś osiem koni żyje u niej jak w najlepszym SPA, a kilka kroków dalej, w pracowni pachnącej gliną, powstają ceramiczne rzeźby inspirowane naturą i ludzkimi emocjami.

Obie pasje pojawiły się w Twoim życiu jednocześnie czy w różnym czasie?

Miłość do koni mam od dziecka. Zawsze jak na nie patrzyłam, to miałam motyle w brzuchu.  Nie wiem, skąd to się wzięło. Mój dziadek hodował konia, ale takiego, które były wykorzystywane w  gospodarstwach. Podziwiałam wszystkie, które były w zasięgu mojego wzroku.  Ceramiką zainteresowałam się dużo później. To był impuls po obejrzeniu filmu „Uwierz w ducha” z  Patrickiem Swayze i Demi Moore, która zajmowała się tworzeniem rzeźb z gliny. Spróbowałam tej sztuki i wciągnęła mnie bez reszty. Nie zastąpiła jednak miłości do koni, tylko stała się drugim mocnym filarem mojego życia. Obie pasje dobrze się uzupełniają i zajmują w moim sercu miejsce po połowie. Każdej z nich poświęcam tyle samo zaangażowania i czasu.

Ile koni masz w swojej stadninie?

Obecnie mam osiem koni w różnym wieku. Niektóre są już seniorami i będą z nami do końca swoich dni. Najmłodsza jest Paula, która urodziła się w naszej stadninie w 2017 roku. To było niesamowite wydarzenie.  Mój mąż chodził do stajni w nocy co pół godziny sprawdzać, czy źrebie przyszło już na świat.  Ja tę wartę pełniłam w dzień. Dwa dni po Walentynkach, 16 lutego po północy,  Pasja urodziła Polę.  Obydwoje z mężem i synami przez wiele godzin, obserwowaliśmy w napięciu każdy ruch klaczy i noworodka. Patrzyliśmy czy jest dobrą i troskliwą mamą, a także czy źrebaczek wydalił z siebie pierwszy stolec, tak zwana smółkę.  Czekaliśmy na to kilka godzin w stajni, mimo siarczystego mrozu. Byliśmy w kontakcie z weterynarzem, robiliśmy źrebaczkowi lewatywkę i pierwsza kupka poszła około godziny 17.00. Co to była za radość! Nawet teraz głos mi drży kiedy o tym mówię. Nasi mali wówczas synowie towarzyszyli nam przez cały ten czas w stajni opatuleni w ciepłe kurtki i czapki. Wszyscy bardzo to przeżywaliśmy i nawet nie czuliśmy tego zimna. Koniom taki mróz nie przesadza, a nam było aż gorąco z emocji. Paula ma już teraz dziewięć lat i bardzo ją kochamy, tak jak pozostałe konie.

Mam wrażenie, że całe stado odwzajemnia Wasze uczucia, bo panuje tu niezwykły spokój. Jak buduje się zaufanie zwierzęcia, które waży kilkaset kilogramów, a mimo to potrafi zaufać człowiekowi bez reszty?

Zawsze powtarzam, że koniom trzeba dać przede wszystkim serce i czas. Zaufania nie da się kupić ani przyspieszyć. Ono rodzi się każdego dnia podczas wspólnej pracy i zwykłego przebywania razem. Myślę, że właśnie dlatego w naszej stajni panuje taki spokój. Konie czują się tutaj bezpiecznie.  Wyczuwają nasze emocje i niczego nie udają. Jeśli jesteśmy zdenerwowani, niekonsekwentni albo próbujemy coś wymusić, natychmiast to odczytają. Dlatego uważam, że zanim zaczniemy uczyć konia czegokolwiek, sami musimy nauczyć się cierpliwości i spokoju. Nasze konie żyją bardzo zgodnie ze sobą. Kiedy wchodzi jakiś nowy członek do stada, to muszą się ze sobą dogadywać. Tylko raz mieliśmy takiego konia, któremu po pół roku podziękowaliśmy, bo był agresywny. Nasze konie żyją w symbiozie z kotką,  która pewnego dnia pojawiła się w naszej stajni.  Sama sobie wybrał to miejsce. Dostała na imię Pakita i szybko uznała, że należy do końskiego stada. Spaceruje między nimi, śpi w stajni, a czasami wskakuje nawet na ich grzbiety. Dla nas jest to już codzienność, ale odwiedzający często przecierają oczy ze zdumienia. Widok kota jadącego na koniu naprawdę wywołuje uśmiech.

A jak na Pakitę reagują inne konie, które czasowo przebywają w Hirlandii, oddane tu tylko na jakiś czas pod opiekę ?

Podobnie jak nasze stado, wszystkie ją akceptują. Prowadzimy tu hotel dla koni, bo jest to skromne źródło dochodów w utrzymaniu naszego stada. Nie możemy jednak go zwiększać, bo łąki wysychają przez zmiany klimatu i musimy  już w sierpniu dokarmiać konie sianem. To jest duży koszt. Nie zarabiamy na stadninie, nie taki był bowiem nasz cel. One mają tu spokojnie sobie żyć. Każdy koń, który do nas trafia, wnosi własną historię. My staramy się dopisać do niej dobry rozdział. Myślę, że właśnie dlatego Hirlandia jest dla nich miejscem, w którym tak dobrze się czują. W zakupie pierwszych koni pomogli nam rodzice, bo my nie mieliśmy na to pieniędzy. Wspierali nas w tych moich pasjach. Studia też wybierałam pod tym kątem. Chciałam iść na zootechnikę, ale ponieważ było zbyt mało chętnych,  z konieczności trafiłam na wydział rolniczy. Jestem inżynierem rolnictwa o specjalizacji agroturystyka, ale to też jest bliskie mojemu sercu.

Pracowałaś kiedyś w swoim zawodzie?

Na Mazurach, skąd pochodzę, ciężko było o pracę. Jedynie w urzędzie lub w szkole było to możliwe. Na kilka lat wyjechaliśmy z mężem i synkami do Warszawy, ale tęskniłam tam za Mazurami. Po nocach śniły mi się konie i stadnina. Za pierwszą wypłatę kupiłam projekt wymarzonej stajni, choć nie miałam jeszcze ani jednego konia. Wszyscy pukali się  w głowę co ja robię, bo nie mam pieniędzy na taką inwestycję. Projekt przeleżał w szufladzie kilka lat. Czasem go wyjmowałam, oglądałam i znowu odkładałam. Nigdy jednak nie przestałam wierzyć, że kiedyś przyjdzie moment, kiedy stanie się rzeczywistością. Miałam działkę we wsi Dłużcu, którą dostałam od rodziców w prezencie ślubnym i tam planowałam budowę stajni. Z czasem pojawiła się możliwość uzyskania dofinansowania z funduszy unijnych. Napisałam projekt, udało się zdobyć wsparcie, potem przyszedł czas na kredyt i mnóstwo pracy. Nic nie wydarzyło się z dnia na dzień. To były małe kroki, wykonywane przez wiele lat. Marzenia nie spełniają się same. Czasami trzeba im po prostu pomóc, żeby je urzeczywistnić.

O koniach mówisz jak o domownikach, a nie o hodowli. Panuje tu rzeczywiście wyjątkowa atmosfera. Czuje się ją również w Twojej pracowni, gdzie powstają ceramiczne rzeźby koni, kotów i wielu innych zwierząt. Kiedy odkryłaś w sobie ten twórczy talent?

 Z gliną było trochę tak, jak z końmi. Czułam wewnętrznie, że chcę spróbować. Nie wiem dokładnie, skąd to się wzięło. Podejrzewam, ze inspiracją były sceny z filmu „Uwierz w ducha”, gdzie Demi Moore tworzyła rzeźby z gliny. Jako nastolatka trochę się na to zafiksowałam.  Kiedy w Pieckach na Mazurach pojawiła się jedna z pierwszych edycji Festiwalu Ceramiki i po zanurzyłam ręce w glinie przy kole garncarskim poczułam, że chcę to robić. Tak przeżywałam ten moment, że nie mogłam zasnąć przez cała noc. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie. Niedługo po tym pojawiło się ogłoszenie o naborach na warsztaty ceramiki w Domu Kultury w Mrągowie. Natychmiast się tam zapisałam. Raz w tygodniu uczestniczyłam w zajęciach, ale to było dla mnie za mało. Chciałam tworzyć znacznie częściej i  dlatego otworzyłam wtedy swoją pracownię.

W Twojej i pracowni trudno znaleźć dwie identyczne rzeźby. Mam wrażenie, że każda z nich opowiada własną historię. Co najbardziej Cię inspiruje?

Bardzo inspiruje mnie natura. Ptaki, konie, koty, ryby, liście czy ludzkie dłonie pojawiają się w moich pracach nieprzypadkowo. Każdy z tych motywów niesie jakąś emocję albo wspomnienie. Nie tworzę tylko po to, żeby coś ładnie wyglądało. Chciałabym, żeby każda praca zatrzymała człowieka choć na chwilę i wywołała jakiś uśmiech, wzruszenie albo refleksję. Czasem pojawia się też odrobina humoru. Moje żaby mają  wystające zęby, ryby potrafią się uśmiechać, a niektóre zwierzęta wyglądają tak, jakby chciały zaraz rozpocząć rozmowę z oglądającym. Bardzo lubię, kiedy sztuka nie jest śmiertelnie poważna. Świat i tak dostarcza nam wystarczająco dużo trosk. Jeśli moja praca potrafi poprawić komuś humor, to znaczy, że spełniła swoje zadanie.

Jak projektujesz swoje rzeźby? Robisz wcześniej jakieś szkice?

Bardzo rzadko siadam do pracy z dokładnie zaplanowaną wizją. Najczęściej wszystko zaczyna się od emocji albo od spotkania z naturą. Wystarczy spacer, rozmowa, obserwacja zwierząt czy światło o zachodzie słońca. Później biorę do ręki glinę i pozwalam, żeby sama poprowadziła mnie dalej. Nie lubię tworzyć dwóch identycznych prac. Każda powinna mieć własny charakter, tak jak każdy człowiek czy każde zwierzę jest inne. Dlatego moje rzeźby często powstają intuicyjnie. Zdarza się, że zaczynam od jednego pomysłu, a kończę z zupełnie inną formą. To jest najpiękniejszy moment twórczości kiedy materiał zaczyna ze mną współpracować.

Patrząc na Twoje życie, trudno oprzeć się wrażeniu, że potrafisz zamieniać marzenia w rzeczywistość. Była wymarzona stajnia, pojawiły się konie, własna pracownia ceramiczna, kot, którego najpierw namalowałaś, a potem naprawdę zagościł w Twoim domu. Co powiedziałabyś ludziom, którzy boją się zrobić pierwszy krok?

Myślę, że warto marzyć odważnie, ale jeszcze ważniejsze jest to, żeby zrobić ten pierwszy krok. Nawet jeśli wydaje się bardzo mały. Gdy kupowałam projekt stajni za pierwszą pensję, nie miałam ani koni, ani pieniędzy na budowę. Wielu ludzi uważało, że to nierozsądne. A jednak właśnie od tego wszystko się zaczęło. Podobnie było z ceramiką. Poszłam na pierwsze warsztaty z czystej ciekawości, nie przypuszczając, że stanie się ona moją drugą wielką pasją. Z czasem kupiłam piec do wypalania ceramiki, na który początkowo też nie miałam pieniędzy. W życiu wiele rzeczy wydarzyło się dlatego, że odważyłam się spróbować. I mocno wierzyłam w to, że mi się uda.

Na ścianie w Twojej pracowni oprócz obrazu kota, wisi też obraz balonu. Czy to oznacza, że kolejne marzenie czeka już na swoją kolej?

Rzeczywiście, kiedyś namalowałam kota, a po dwóch latach Pakita sama pojawiła się w naszej stajni i jest z nami do dziś. Od niedawna na ścianie mojej pracowni wisi obraz balonu. Kto wie… może kiedyś naprawdę nim polecę. Bardzo bym chciała to zrobić. Uśmiecham się na tę myśl, ale już nauczyłam się, że życie potrafi pięknie zaskakiwać. Dzisiaj wiem jedno – marzenia nie spełniają się same. Trzeba im pomóc. Czasami wystarczy zrobić pierwszy krok, a potem cierpliwie iść dalej. Nawet jeśli droga jest długa. Właśnie wtedy marzenia dojrzewają i pewnego dnia stają się częścią naszego życia.

Mam obok siebie wspaniałego męża i synów, którzy od lat wspierają moje pomysły, nawet te najbardziej szalone. To ogromne szczęście mieć rodzinę, która nie pyta „czy na pewno warto?”, tylko mówi „spróbuj”. Bez nich wiele marzeń byłoby znacznie trudniejszych do zrealizowania.

Epilog

Kiedy nasza rozmowa dobiegła końca Karolina podeszła do jednej z półek i zdjęła z niej ceramicznego kota. Delikatnie podała mi go do rąk. „To dla Ciebie” – powiedziała z uśmiechem i dodała widząc moje zaskoczenie „widziałam błysk w Twoich oczach, kiedy pierwszy raz na niego spojrzałaś.”

Dzisiaj ten prezent od Karoliny Obłoczyńskiej-Burcz, który jest ceramiczną interpretacją egipskiej bogini Bastet, stoi na moim kominku. Patrzę na niego każdego dnia i przypomina mi nie tylko niezwykłą artystkę z mazurskiej pracowni, ale przede wszystkim kobietę, która potrafi dostrzec emocje drugiego człowieka. Może właśnie dlatego konie jej ufają. I może właśnie dlatego zwykły kawałek gliny potrafi w jej dłoniach zamienić się w historię, która zostaje z nami na długo w naszych sercach.

Rozmawiała Jolanta Czudak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here