Między szansą a emigracją talentów

335

W laboratoriach nad Wisłą powstają projekty leków, które mogłyby zmieniać świat medycyny. A jednak zamiast stabilnego rozwoju – mamy redukcje etatów, odpływ naukowców i ryzyko, że kolejne przełomowe terapie znów będą powstawać pod cudzą flagą. Historia warszawskiej spółki Molecure pokazuje, że Polacy potrafią – tylko nie zawsze u siebie.

Tworzenie nowych leków to proces długi, kosztowny i wymagający gigantycznej wiedzy. To nie jest sprint, lecz maraton – rozciągnięty na dekady, składający się z setek prób i tysięcy błędów. Biologia molekularna, chemia, immunologia, farmakologia, toksykologia – to tylko część dziedzin, które muszą spotkać się przy jednym stole, by zrodził się innowacyjny preparat. I choć wydaje się to oczywiste, w Polsce nadal brakuje świadomości, że oprócz laboratoriów potrzebne są także stabilne warunki do pracy dla naukowców.

Warszawska firma Molecure przez lata udowadniała, że nad Wisłą da się prowadzić badania na światowym poziomie. Spółka, notowana na GPW, koncentruje się na opracowywaniu terapii nowotworowych i przeciwzapalnych, sięgając po unikatowe rozwiązania – takie jak celowanie w mRNA czy białka dotąd uznawane za „nieterapeutyczne”. W efekcie powstały projekty leków, które mogłyby znaleźć się w światowej czołówce.

Jednym z najbardziej zaawansowanych jest OATD-02 – inhibitor arginazy, jeden z nielicznych preparatów na świecie, który potrafi realnie modyfikować mikrośrodowisko guza i wspierać odporność przeciwnowotworową. To przykład, że polskie badania mogą znajdować się w absolutnej awangardzie.

Za naukową stroną sukcesów Molecure stoi dr Zbigniew Zasłona – ekspert z imponującym dorobkiem, który przez lata zdobywał doświadczenie w USA, Niemczech czy Irlandii. Jego wiedza z zakresu immunologii i chorób płucnych była fundamentem wielu projektów. – Takie badania to praca całych zespołów, interdyscyplinarnych i doświadczonych. Bez ludzi nie ma innowacji. A dziś ci ludzie w Polsce są zwalniani – podkreśla naukowiec.

Droga od pomysłu do leku

Warto uświadomić sobie, że droga od pierwszej cząsteczki do gotowego preparatu trwa często ponad dekadę. Najpierw pojawia się „hit” – molekuła o minimalnej aktywności. Potem następują lata selekcji, optymalizacji, testów na liniach komórkowych i zwierzętach, badania toksykologiczne, farmakokinetyka, a na końcu klinika. Faza I – bezpieczeństwo. Faza II – skuteczność. Faza III – porównanie z istniejącymi terapiami. Na każdym etapie może dojść do porażki, a koszty idą w dziesiątki czy setki milionów złotych.

Nic dziwnego, że taki proces wymaga stabilnego finansowania i zgranego zespołu. Tyle że właśnie tego w Polsce brakuje. Molecure, mimo imponujących projektów, zmuszone było do redukcji zatrudnienia. Odeszli chemicy, biolodzy, biotechnolodzy – ci, którzy przez lata tworzyli trzon firmy. Powód? Brak środków.

Polacy szkoleni dla innych

W efekcie wysokiej klasy specjaliści trafiają do globalnych gigantów – od AstraZeneca po Pfizera. Nie z powodu braku patriotyzmu, lecz dlatego, że tylko tam znajdują stabilne warunki i perspektywy. To bolesny paradoks: polskie uczelnie kształcą ekspertów za publiczne pieniądze, po czym oddają ich bez walki zagranicy. Zasłona porównuje to do szkolenia piłkarzy w akademiach, którzy później grają dla Realu Madryt czy Manchesteru United, ale nigdy dla reprezentacji Polski.

Problem jest systemowy. Biotechnologia to branża, która bez inwestorów i długofalowej strategii państwa nie ma szans. Jeśli kapitał prywatny wybiera pewniejsze nieruchomości, a granty państwowe pojawiają się z przerwami i bez przewidywalności, firmy takie jak Molecure zostają same z ryzykiem i odpowiedzialnością. Rezultat? Projekty trafiają do wielkich koncernów, a Polska pozostaje jedynie dostawcą talentów.

Biografie i rozczarowania

Historia Zasłony dobrze pokazuje skalę problemu. Wyjechał z Polski jeszcze przed naszym wejściem do Unii Europejskiej, studiował biotechnologię w Holandii, doktorat obronił w Niemczech, pracował naukowo w USA i Irlandii, współtworzył projekty w start-upach. Po 18 latach wrócił, by rozwijać badania w Molecure. Szybko jednak zderzył się z murem – brakiem stabilności, ciągłą walką o finansowanie, ograniczeniami systemu. Dziś poważnie rozważa ponowny wyjazd.

Ilu jeszcze naukowców podzieli jego los? Ilu zdolnych absolwentów zamiast budować polską naukę zasili szeregi zagranicznych koncernów? To pytania, które powracają przy każdej fali zwolnień w rodzimych firmach biotechnologicznych.

Polska na zakręcie

Nie chodzi tylko o miejsca pracy dla kilku setek specjalistów. Biotechnologia to strategiczny sektor gospodarki – odpowiada za bezpieczeństwo zdrowotne, rozwój innowacji i realną konkurencyjność państwa. Molecure pokazało, że Polacy potrafią stworzyć lek od pomysłu po badania kliniczne. Pokazało też jednak coś bolesnego: że równie dobrze potrafią robić to samo, tylko pod obcą flagą.

Biotechnologia przyszłości powstaje tak samo w Warszawie, jak w Bostonie czy Oksfordzie. Różnica leży w tym, kto zapłaci za badania i czyje logo pojawi się na opakowaniu. To nie jest hobby dla zapaleńców w białych kitlach, ale jednym z fundamentów nowoczesnej gospodarki. Molecure udowadnia, że mamy ludzi, pomysły i technologie zdolne konkurować z najlepszymi. Jeśli jednak państwo i rynek nie stworzą stabilnych warunków dla ich pracy, pozostanie nam patrzeć, jak wykształcone za publiczne pieniądze kadry realizują cudze strategie rozwoju. A wtedy zamiast Polski w centrum innowacji, będziemy mieli Polskę – wiecznego dostawcę talentów na eksport.

Jolanta Czudak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here