„Możesz nie interesować się wojną, ale wojna interesuje się tobą”

313

Słowa przypisywane Trockiemu, muszą dziś dawać do myślenia każdemu Europejczykowi. Bo zaplanowana przez Kreml jako góra trzydniowy blitzkrieg agresja na Ukrainę trwa już prawie trzy tygodnie i z każdym dniem przybliża się do granic NATO.

Wiceszef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Riabkow ostrzegł państwa Sojuszu, że konwoje z zachodnim uzbrojeniem dla ukraińskiej armii są „legalnymi celami” dla rosyjskich sił zbrojnych. Od razu zareagował sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg: „Atak na linie zaopatrzenia dla Ukrainy byłby niebezpieczną eskalacją wojny”. Ale dziś nad ranem Rosjanie postanowili pokazać, że są w stanie zrealizować swoje groźby: na ośrodek w Jaworowie, gdzie ukraińskie wojsko jest od lat szkolone przez natowskich oficerów, spadło kilkadziesiąt pocisków manewrujących, zabijając co najmniej 35 osób. W linii prostej ten najnowszy cel rosyjskiego lotnictwa znajduje się zaledwie 20 km od polskiej granicy.

Do tej pory na rosyjską presję NATO reagowało tylko zwiększeniem wsparcia dla walczących Ukraińców. Wzbrania się przed wprowadzeniem zakazu lotów nad Ukrainą, co zmusiłoby amerykańskie F-35 do bezpośredniej konfrontacji z rosyjskimi bombowcami, ale co zrobi, kiedy te bombowce zaatakują konwoje?

Inne pytanie zadaje Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, była ambasador RP w Moskwie: Czy stać nas na benzynę po 10 zł? I zaraz uprzedza: „Zanim o to zapytasz, pomyśl o stawce tej wojny”. „Minął pierwszy szok. Dopada nas rzeczywistość kraju przyfrontowego. Ceny benzyny oszalały. Zaraz podrożeje żywność. Służbą zdrowia i szkołami trzeba się dzielić z ponad milionem uchodźców. Pojawia się zmęczenie, no i złość. M.in. na rząd, który chwali się przyjęciem uchodźców, w czasie gdy pospolite ruszenie obywateli odwala za państwo większość roboty. I wtedy przychodzi nam do głowy, że może to jednak wszystko przesada, że są granice poświęcenia, że może nie warto ponosić aż takich kosztów, bo my też mamy tu swoje zmartwienia, swoje kredyty i swoje życie”.

I to jest ten moment, kiedy warto sobie powiedzieć, o co właściwie chodzi w tej walce. Bo jeśli Ukraińcy przegrają, to „żelazna kurtyna opadnie na naszą wschodnią granicę. Za nią Rosjanie zbudują totalitarny system, który będzie terrorem zmieniał naszych sąsiadów w jeden »wielki« rosyjski naród. Z Ukrainy ucieknie nie 2, ale 10-15 mln ludzi. A na naszej granicy od Bałtyku po Bieszczady będzie stała uzbrojona po zęby rosyjska armia. Putin, grożąc atomowym guzikiem, będzie domagał się wyjścia z Polski Amerykanów. Wiele biznesów, ale też zwykłych ludzi zastanowi się, czy Polska jest rzeczywiście krajem, w którym warto inwestować i żyć”.

Nieskory do panikowania „The Financial Times”, powołując się na źródła w zachodnich rządach, wywiadzie, dyplomacji i wśród znawców regionu, raportuje, że w tej chwili branych jest pod uwagę pięć scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji – od pełnego zwycięstwa militarnego Rosji po przekształcenie tej wojny Putina w otwarty konflikt z NATO.

Kreml otacza swoje społeczeństwo coraz szczelniejszym kordonem informacyjnym, w jutrzejszej „Wyborczej” opowiada o tym ze szczegółami redaktor naczelny portalu Meduza działającego już nie w Moskwie, lecz w Rydze. „Moi rodacy są w fazie wyparcia. Zaprzeczają, że z rąk rosyjskiej armii giną na Ukrainie nasi przyjaciele, bliscy, krewni. Ogromna część społeczeństwa nie jest w stanie tej wiedzy zaakceptować. Ale my to zmienimy, będziemy pisać o tej wojnie dla każdego Rosjanina, który potrafi używać VPN” – mówi Iwan Kołpakow, który zarazem prosi Europejczyków o wsparcie, bo kilkudziesięcioro jego dziennikarzy, którzy już nie mogą zresztą wrócić do Rosji, zostało właśnie odciętych od datków rosyjskich czytelników.

A Rosjanie już właściwie tylko w takich miejscach jak Meduza mogą się dowiedzieć, co naprawdę Rosja robi Ukrainie. „Charków to nasz Stalingrad” – pisze 48-letnia kobieta w relacji z ostrzeliwanego miasta, w którym 80 proc. ludzi mówi wyłącznie po rosyjsku. „Napisałam do kuzyna Aleksieja z Nowosybirska: Jeśli rakieta uderzy w moje okno, chcę, żebyś wiedział, że to ty mnie zabiłeś. Zabiłeś swoją śmieszną siostrzyczkę z Charkowa, z którą chowałeś się w bzach i jadłeś watę cukrową. Jedną we dwójkę”. I opisuje dzisiejsze zdruzgotane życie wielkiego europejskiego miasta, w którym podstawowe czynności są okupione nieprawdopodobnym wysiłkiem, a ludzie nie mogą uwierzyć, że ich świat z dnia na dzień zamienił się w surrealistyczny film o najeździe obcych. Właśnie obserwujemy, jak Putin na całe pokolenia zrywa wszelkie więzi Ukraińców z Rosjanami.

Żródło: Łukasz Grzymisławski,  redaktor działu Świat w GW

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here