Nie kupuj kaczki w worku!

293

Koniec czerwca, poniedziałkowy poranek w niedużej wsi koło Pomiechówka. Wsi-niewsi bo rolników w niej jak na lekarstwo, większość to przybysze z Nowego Dworu Mazowieckiego, Warszawy, garstka emerytów dawnych PGR-ów. Społeczność na oko wcale nie patologiczna. Kilku pijących ponad miarę, kilku żyjących z zasiłków „+”. Spokój i sielanka.

Do lokalnego sklepu w którym wszyscy się znają przyjeżdża na rowerze znany również wszystkim mieszkaniec wsi. Na bagażniku zebrane po weekendzie puszki po piwie, trochę butelek i worek jak na szkolne kapcie.

– Wszedł do mnie do, sklepu – mówi młoda właścicielka Paulina – spytał czy chcę kupić kaczkę ? Myślałam, że żartuje bo po co mi kaczka. Jaką kaczkę? Przecież ja nie gotuję obiadów…

– Ano żywą kaczkę – odpowiedział. Mam na rowerze.

W tym momencie Paulinie coś błysnęło…Na rowerze?

– Tak, w worku na bagażniku…

Paulina, wolontariuszka w fundacji ratującej zwierzęta, wyczulona nad miarę może, zainteresowała się ładunkiem na bagażniku przedsiębiorczego gościa.

Rzeczywiście worek dziwnie się ruszał. Słabo bo słabo, ale wyraźnie.

– Co to za kaczka, skąd ją masz! Oddaj mi to!

– Nie, ja chcę sprzedać, jak nie ty kupisz to pójdę dalej. Parę groszy potrzebuję.

Na takie słowa Paulina przystąpiła do ataku. Nie jest malutką kobietką więc bez trudu odseparowała delikwenta od roweru. Zabrała worek i zaczęła wykrzykiwać swoje zdanie na temat traktowania zwierząt. Nie dotarło to do sprzedawcy kaczki, nie rozumiał wcale o co ten raban. On po prostu chciał sprzedać kaczkę…

Na szczęście do sklepu przyjechało więcej klientów. Przy pomocy jednego z nich udało się odpędzić „sprzedawcę” od ruchomego worka i przystąpić do jego otwierania.

Po rozcięciu sznurków ze środka wybiegły dwie przestraszone kaczki krzyżówki. Duża i młodziutka, nie do końca jeszcze umiejąca latać, tegoroczne pisklę. Nie kulały, nie latały, podreptały przerażone w zarośnięty koniec ogrodu.

Kaczki zostały najpewniej złapane przy niedalekim stawie, gdzie w szuwarach co roku gniazduje kilkadziesiąt par. Są przyzwyczajone do ludzi, więc pewnie pozwoliły podejść blisko. Po kliku godzinach koczowania w sklepowym ogrodzie pracownicy Ośrodka Rehabilitacji Dzikich Zwierząt im. Simony Kossak zabrali je na badania i wypuścili nad staw.

Nie jest to niestety zabawna historia. Skąd pomysł na takie kłusownictwo? Bo na wódkę brak? Tyle pracy dookoła, wszędzie ogłoszenia o potrzebnych pracownikach i „złotych rączkach” – ale przecież prościej zakłusować…

Tym razem skończyło się szczęśliwie. Ale ile zwierząt ginie w sidłach w okrutnych męczarniach dogorywając aż zjawi się kłusownik? Ile sideł przeznaczonych dla bażantów, kuropatw czy właśnie dzikich kaczek złapało domowe koty czy małe psy?

Kłusownictwo to przestępstwo. Zgodnie z polskim prawem kłusownictwo to naruszenie art. 53 prawa łowieckiego, grozi za nie kara pięciu lat więzienia!

Co z tym fantem zrobić?

nie milczeć i nie przymykać oczu na podobny proceder

zgłaszać na policję i do straży gminnej – oni naprawdę reagują – nie tylko fakt kłusownictwa ale każde znalezione w lesie wnyki

nie kształtować popytu! Nie kupować „okazyjnie” ani kaczki ani żadnej innej dziczyzny! Bo nie tylko bierzemy wtedy udział w przestępstwie i przyczyniamy się do rozwoju tego procederu. Kupimy sztuki niebadane, słabe, może chore a na pewno te, które nie powinny być zabite.

Małgorzata Starzyńska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here