Nigdy nie sądziłem, że będę oglądał takie obrażenia wojenne u kilkuletnich dzieci

368

Uszkodzenia siatkówki, stłuczenia gałki ocznej, głębokie zranienia. Takie obrażenia powstają w wyniku zranień odłamkami i przedmiotami. Pierwszym przyjętym dzieckiem była 7-letnia dziewczynka, Darina. Rana rogówki, tęczówki, doszło do wypadnięcia ciała szklistego. Polscy lekarze uratowali jej oko. Ukraińscy koledzy poprosili nas o pomoc w konsultowaniu i operowaniu dorosłych, i dzieci, ofiar wojny z ciężkimi obrażeniami oczu, informuje w rozmowie z Rynkiem Zdrowia prof. Robert Rejdak , kierownik Katedry i Kliniki Okulistyki Ogólnej i Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, prorektor ds. umiędzynarodowienia i cyfryzacji, prezes Stowarzyszenia Chirurgów Okulistów Polskich.

Rynek Zdrowia: – Co czuje chirurg wiedząc, że ratuje wzrok kilkuletnim dzieciom po obrażeniach spowodowanych wybuchem bomb na wojnie, która toczy się tuż za naszą granicą?

Prof. Robert Rejdak: – Przede wszystkim najgłębsze współczucie dla tych pacjentów jako ofiar wojny. Niech mnie pan zwolni z opowiadania o emocjach… Nigdy nie sądziłem, że będę oglądał takie obrażenia u kilkuletnich dzieci. Są emocje, ale trzeba je wygasić, żeby być precyzyjnym, na chłodno planować kolejne elementy operacji i strategię. Tak, nigdy nie spodziewałem się, że będę miał do czynienia dzień w dzień z napływającymi wynikami, zdjęciami obrazowymi osób ciężko poszkodowanych w warunkach wojennych. I będę musiał rozstrzygać czy przyjąć pacjenta, czy też nie, bo nie jesteśmy w stanie już nic dla niego zrobić po utracie wzroku po wybuchu bomby, pocisku. To wygląda jak zły sen, ale dzieje się na jawie.

– To ukraińscy lekarze prosili o pomoc?

– Jako kierownik Katedry i Kliniki Okulistyki Ogólnej i Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie zostałem najpierw poproszony przez zaprzyjaźnionych lekarzy okulistów z Ukrainy, żeby pomóc im w zdobyciu materiałów operacyjnych, głównie specjalnych szwów, płynów i narzędzi jednorazowych pozwalających wykonywać operacje u pacjentów rannych podczas działań wojennych. Pomogliśmy. Dzięki podarowanym szwom i materiałom pacjenci dorośli z obrażeniami po wybuchu bomb mogą być leczeni we Lwowie, ale też w całej Ukrainie, bo przekazaliśmy te materiały medyczne do wielu oddziałów okulistycznych. Wsparcia udzielał nam instytucjonalnie Uniwersytet Medyczny w Lublinie z wielkim zaangażowaniem rektora prof. Wojciecha Załuski. Uniwersytet współpracuje ze Stowarzyszeniem Chirurgów Okulistów Polskich, wspólnymi siłami przeprowadzaliśmy zbiórki materiałów medycznych i przeprowadzamy nadal.

Gdy okazało się, że rannych osób i skomplikowanych przypadków jest coraz więcej, ukraińscy koledzy poprosili nas również o pomoc w konsultowaniu i operowaniu dorosłych, i dzieci, ofiar wojny z ciężkimi obrażeniami oczu. Najpierw zdecydowaliśmy się na przyjmowanie w klinice ukraińskich dzieci. Pierwszym przyjętym dzieckiem była 7-letnia dziewczynka, Darina. Udało się nam uratować jej oczko. Uraz był wynikiem wypadku komunikacyjnego, do którego doszło podczas ewakuacji. Darina miała ranę rogówki, tęczówki, doszło do wypadnięcia ciała szklistego. Oko zostało zaopatrzone, rana zaszyta. Operował dr hab. Tomasz Chorągiewicz. Dziewczynka widzi.

– Kierowana przez pana klinika prowadzi konsultuje i przyjmuje rannych pacjentów z Ukrainy właściwie od pierwszego tygodnia wojny. Jak możliwe było tak szybkie zorganizowanie pomocy?

– W takich chwilach najlepiej sprawdzają się własne kontakty. We Lwowie pracuje pani doktor Nataliya Preys. Uczyła się u mnie chirurgii oka. Znamy się od wielu lat. Zadzwoniła i zadała proste pytanie: Czy możecie pomóc? Bo u nas wojna, są ranni. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Szybko musieliśmy ustalić zasady przekazywania pacjentów. Postawiliśmy klinikę w 24-godzinny alert i zaczęliśmy działać. Przy pomocy technik telemedycznych codziennie zdalnie przesyłane są zdjęcia i wyniki badań pacjentów, którym – w przekonaniu ukraińskich specjalistów – wzrok może uratować operacja w Lublinie.

W dużej mierze to do mnie trafiają zdjęcia. Analizuję je i przekazuję na Ukrainę zalecenie jak należy dalej postępować. Decydujemy zespołowo czy możemy podjąć się operacji. Staramy się to zrobić, nawet wtedy, gdy ryzyko niepowodzenia jest duże, ale jest choćby cień szansy na powodzenie. Poza tym mówimy o dzieciach, ich los rozdziera nasze serca.

– Jaki był najtrudniejszy dotąd zoperowany w klinice przypadek pacjenta z Ukrainy?

– Hospitalizowaliśmy mamę z dwojgiem chłopców. To były niezwykle trudne przypadki spowodowane obrażeniami wojennymi. Mama i dwoje bliźniąt przyjechali do nas nie widząc już. Trzy osoby niewidzące, jedna rodzina. Do urazu doszło w wyniku eksplozji bomby tuż przed ich domem w Doniecku. To bardzo masywny uraz, u każdego z nich, bardzo dużo poważnych zranień na twarzy. Dotyczą one także powiek, oczu, ale też są na całym ciele. U mamy doszło dodatkowo do złamania nogi, u dzieci do okaleczeń rąk.

Podjąłem się zoperowania bardzo skomplikowanej pourazowej operacji zaćmy u mamy. Widzieliśmy jak po omacku starała się dziećmi opiekować. Byłem mocno poruszony. Wykonałem u pacjentki obustronną operację zaćmy powikłaną obecnością dużego kawałka szkła w jednym oku. Ta operacja powiodła się. Wzrok u pacjentki bardzo szybko wrócił do normy, jest pełne widzenie.

Zoperowaliśmy i dzieci. Wydaje się, że i u chłopców to co mogliśmy dla nich zrobić zakończy się szczęśliwie. Są bardzo mocno poszkodowani. Jeden chłopczyk stracił oko, przyjechał całkowicie bez oka. W drugim oku pojawiło się krwawienie w wyniku urazu, ale krwotok się resorbuje, dziecko zaczyna widzieć. Drugi z chłopców był poddany operacji witrektomii w jednym oku z powodu ciężkiego stanu związanego z odwarstwieniem siatkówki i krwotokiem, Operował zespół kliniki z prof. Katarzyną Nowomiejską na czele. Drugie oko z powodu zaćmy pourazowej operował dr Dariusz Haszcz.

– Napływają nowi pacjenci?

– Napływają, a my nie odmawiamy pomocy. Codziennie kilka kolejnych osób przyjeżdża do nas, badamy ich na bieżąco. Gdy rozmawiamy, mamy na oddziale pięcioro dzieci z ciężkimi obrażeniami oczu. Zgłoszonych jest co najmniej 10 osób dorosłych, które mają do nas przyjechać.

– Jak można scharakteryzować te wszystkie przypadki?

– Są ciężkie. Uszkodzenia siatkówki, stłuczenia gałki ocznej, głębokie zranienia. Niebywałe nagromadzenie ludzkich tragedii. Takie obrażenia powstają w wyniku zranień odłamkami. Do tego, gdy osoba znajduje się blisko miejsca wybuchu, dochodzą uszkodzenia termiczne, chemiczne. Mamy teraz np. pacjentów zranionych i poparzonych w wyniku pożaru samochodu spowodowanego wybuchem pocisku. Jest wśród nich dziewczynka 14-letnia z bardzo dużymi obrażeniami twarzoczaszki obejmującymi również oko. Dochodzi też do obrażeń oczu spowodowanych uderzeniem nie tylko odłamków, ale i większych przedmiotów porwanych wybuchem.

– Panie profesorze, w mediach społecznych pojawiają się fejknewsy, których autorzy twierdzą, że pacjenci ukraińscy zabierają miejsca w szpitalach pacjentom polskim…

– Pacjenci z Ukrainy traktowani są według tych samych zasad jak nasi rodacy. O leczeniu decydują kwestie medyczne i stopień pilności.

– Czy wierzy pan w powracające dobro?

– Tego typu podejście jest wpisane w zawód lekarza. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale mam nadzieję, że razem z zespołem odkładamy sobie gdzieś jakieś dobre uczynki, których moc będzie nad nami czuwać. Jedna z ukraińskich lekarek okulistów, która słuchała na szkoleniach dla specjalistów moich wykładów, powiedziała mi teraz, iż była przekonana, że „ten profesor i jego zespół” nie odmówią pomocy w potrzebie, jeśli tylko pomóc będą mogli. Cieszę się, że tak nas oceniają jako lekarzy i jako ludzi.

– Są kliniki angażujące się od lat we wsparcie medycyny na Ukrainie. Przed laty, będący już dzisiaj legendą św.p. prof. Marian Zembala, uczeń prof. Zbigniewa Religi, mówił że wspierając ukraińskich kolegów lekarzy polska medycyna spłaca dług zaciągnięty w klinikach zachodniej Europy, w których nowoczesne techniki operacyjne poznawali polscy lekarze. Pan ma podobne odczucie?

– Czasy jakie pani przywołuje dotyczą pionierów polskiej nowoczesnej medycyny. Niemal od zera rozwijali swoje wizje, mieli poczucie misji. Nam, kolejnemu pokoleniu lekarzy, a myślę tu także o sobie, było już łatwiej. Ale rzeczywiście, gdy sięgam do moich doświadczeń, to widzę siebie w 2003 roku i następnych latach przy stole operacyjnym w klinikach okulistycznych w Niemczech. Tam poznałem wachlarz możliwości jakie dają nowoczesne techniki operacyjne w okulistyce, tam uczono mnie chirurgii oka. Z tym, że w klinice w Lublinie też już były wówczas przeprowadzane niektóre trudne operacje okulistyczne i także tutaj zdobywałem doświadczenie.

Potem zdobyta wiedza pozwalała mi jeździć do Lugano w Szwajcarii, gdzie jako nauczyciel wykładałem na kursach szkoleniowych organizowanych przez Europejską Szkołę Zaawansowanych Studiów w dziedzinie Okulistyki (ESASO) dla kolegów okulistów, którzy przyjeżdżali tam z całego świata. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z kolegami z Ukrainy. Tak, być może przypominali nieco młodych lekarzy z czasów profesora Religi, którzy chłonęli wiedzę, a ja byłem dla nich – z czego jestem dzisiaj dumny – tym mistrzem, który przekazywał im możliwie najlepszą wiedzę. Potem spotykaliśmy się na szkoleniach czy konferencjach, które prowadziłem już w Polsce, także na kursach organizowanych w mojej klinice.

Jeszcze jedna refleksja. Moi uczniowie, którzy doskonalili swoją wiedzę w kierowanej przeze mnie klinice lubelskiej są dzisiaj cenionymi lekarzami np. we Włoszech, w Grecji. O nich akurat wiem, bo do dzisiaj utrzymujemy kontakty, przyjeżdżają operować. Kursy doskonalące dla specjalistów klinika prowadzi nadal. Niedawno, słysząc język native speakera, zapytałem panią doktor jaki ośrodek reprezentuje. Odpowiedziała, że przyjechała z Oksfordu, bo polecono jej lubelską klinikę jako dobre miejsce szkoleniowe.

– To co pan mówi tylko potwierdza, że polscy lekarze mają wiedzę, którą powinni się dzielić…

– Wracając do kolegów lekarzy chirurgów oka z Ukrainy. Gdy także im przekazuję wiedzę na szkoleniach nie myślę o tym jak o misji. Dlatego po prostu, że wobec nich już misji nie trzeba realizować. Uczestniczą na równi z kolegami z innych krajów w kursach szkoleniowych i są dla nas partnerami. Dla mnie dzisiaj symboliczne jest natomiast to, że powierzają nam swoje, ukraińskie dzieci do operacji. To mnie ujmuje. To jest, tak myślę, wyraz wielkiego zaufania z ich strony i szacunku dla nas, ale i dla możliwości polskiej medycyny.

Nie muszą prosić o pomoc kolegów lekarzy np. z Niemiec. Polska i polskie ośrodki okulistyczne, dzięki rozwojowi kraju stały się dla pacjentów z Ukrainy miejscem, w którym uzyskują pomoc w zakresie chirurgii oka – jestem o tym przekonany – na takim samym poziomie jaki mogą zaoferować inne kraje europejskie.

Źródło: Rynek Zdrowia

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here