Po Brexicie Wielka Brytania przestała być „ziemią obiecaną”

340

Jako dwudziestojednoletni chłopak Norbert Lewicki wyjechał do Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Znalazł tam pracę, odnalazł młodzieńczą miłość, założył rodzinę i wspólnie z żoną wychowuje dwóch synów urodzonych w Anglii. Po trzynastu latach emigracji mówi otwarcie, że po Brexicie życie na Wyspach znacząco się zmieniło, a jego koszty wzrosły. Dziś coraz poważniej myślą o powrocie do rodzinnej Mławy. Dla dzieci wychowanych w brytyjskiej szkole byłaby to jednak ogromna życiowa zmiana.

Dla młodego człowieka wyjazd do Wielkiej Brytanii wiązał się z zamiarem pozostania tam na stałe czy raczej z czasową emigracją?

Nie miałem konkretnych planów. To była trochę loteria i sprawdzian, jak sobie poradzę. Chciałem się usamodzielnić i zarobić trochę pieniędzy. Trafiłem do Kingston upon Hull na północy Anglii. Znalazłem tam pracę w hurtowni kwiatów sprowadzanych z Holandii. W naszej grupie byli Polacy, Rosjanie, Litwini, a nawet Meksykanie. Dziewczyny układały bukiety dostarczane do dyskontów, a mężczyźni zajmowali się rozładunkiem kwiatów i magazynowaniem ich w chłodniach. Praca nie była ciężka, a zarobki były niezłe. Można było się utrzymać i odłożyć trochę funtów. Traktowałem ten pobyt jako pewnego rodzaju eksperyment i przygodę.

Jak radziliście sobie z komunikacją w tak zróżnicowanym językowo środowisku emigrantów?

Każdy z nas mówił trochę po angielsku. Potrafiliśmy porozumiewać się w takim zakresie, jaki był nam potrzebny. W szkole, do której chodziłem w Mławie, nie uczono nas praktycznej znajomości języka. Przywiązywano wagę głównie do gramatyki, czasów i odmiany. W codziennym życiu w Anglii najważniejsze okazało się zrozumienie kontekstu i umiejętność dogadania się z drugim człowiekiem. Z czasem języka można się nauczyć. Mnie dojście do dobrej znajomości angielskiego zajęło około pięciu lat, ale wcześniej też nie miałem większych problemów z komunikacją w pracy.

Jak długo pracował Pan w hurtowni kwiatów w Kingston upon Hull?

Kilka miesięcy, bo później wyjechałem do Northampton. Okazało się, że pracuje tam moja internetowa miłość z Polski. Jako nastolatki korespondowaliśmy ze sobą przez kilka lat, ale nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się na żywo. Wymienialiśmy się tylko zdjęciami. Łączyły nas wspólne zainteresowania muzyczne, lubiliśmy te same zespoły. Ja w tym czasie trochę grałem na gitarze, więc mieliśmy wiele wspólnych tematów. Potem nasze drogi się rozeszły i przestaliśmy utrzymywać kontakt.

Los chciał, żebyśmy po raz pierwszy zobaczyli się dopiero po kilku latach, i to w Anglii. Miłość odżyła natychmiast. Można powiedzieć, że od pierwszego spojrzenia na żywo znowu zaiskrzyło. Najpierw jeździliśmy do siebie po kilka godzin pociągiem w weekendy, a później postanowiliśmy wspólnie zamieszkać w Northampton.

I do dzisiaj jest Pan ze swoją młodzieńczą miłością?

Tak. Dość szybko została moją żoną. Mamy dwóch wspaniałych synów, którzy urodzili się w Anglii i tam chodzą do szkoły. Starszy, Kuba, bardzo dobrze mówi po polsku, ponieważ w domu staramy się rozmawiać w ojczystym języku. Jest właściwie samoukiem. Nauczył się polskiego ze słuchu, ale nie zna gramatyki. Młodszy syn Leo mówi trochę gorzej, ale też nieźle sobie radzi.

Bardzo nam zależy, żeby chłopcy znali polski. Dzięki temu mają świetny kontakt z dziadkami, z którymi bardzo lubią spędzać wakacje i święta. Jednak za swój kraj ojczysty uważają Anglię i nie bardzo chcieliby mieszkać w Polsce na stałe. My z żoną rozważamy powrót, bo Polska stała się bardzo atrakcyjnym krajem, ale dla dzieci wychowanych w brytyjskiej szkole byłaby to trudna zmiana.

Dlaczego po tylu latach w ogóle rozważacie powrót do Polski?

Tęsknimy za krajem. Poza tym Wielka Brytania przestała być dla nas tą „ziemią obiecaną”, jaką wydawała się przed laty. My oczywiście dobrze sobie radzimy. Wyspecjalizowałem się w usługach technicznych i nieźle zarabiam. Żona również pracuje i właściwie niczego nam nie brakuje.

Ale Polska przez te trzynaście lat zmieniła się nieprawdopodobnie. Różnice w poziomie życia nie są już takie jak wtedy, gdy wyjeżdżałem. Tata od lat prowadzi dobrze prosperujący zakład w Mławie i liczy na to, że kiedyś przejmę po nim firmę. Bardzo mu na tym zależy, choć pozostawia nam wolną rękę.

Na razie tylko myślimy o powrocie. Nie podejmujemy konkretnych działań przede wszystkim ze względu na synów. W Anglii mają przyjaciół, szkołę, realizują swoje zainteresowania i musimy to uszanować. Kubę przeraża perspektywa, że w polskiej szkole musiałby właściwie od początku uczyć się polskiej gramatyki. Być może poczekamy, aż synowie skończą brytyjską szkołę, i dopiero wtedy podejmiemy decyzję. Nie chcemy niczego przyspieszać.

Jak radziliście sobie z wychowywaniem małych dzieci i jednoczesną pracą w Anglii? Mogliście liczyć na pomoc państwa?

Kuba urodził się przed Brexitem. Otrzymywaliśmy świadczenie na dziecko. Leo przyszedł na świat rok po referendum dotyczącym wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, ale w naszym przypadku system wsparcia się nie zmienił.

Dawaliśmy sobie radę z opieką nad dziećmi. Żona pracowała znacznie mniej, a ja starałem się utrzymywać rodzinę na takim poziomie, żeby niczego nam nie brakowało. Kilka lat przed pandemią znalazłem dobrą pracę jako technik. Firma zainwestowała w moje szkolenie i zdobyłem specjalistyczne kwalifikacje. Jeździłem po całej Anglii i sprawdzałem narzędzia w warsztatach pod względem poziomu wibracji. To była dla mnie również najlepsza szkoła technicznego języka angielskiego.

Nie miał Pan problemów z uregulowaniem swojego statusu i możliwością dalszej pracy po Brexicie?

Obywatele Unii Europejskiej mieszkający już w Wielkiej Brytanii musieli po Brexicie uregulować swój status pobytowy. Mnie brakowało miesiąca do pięciu lat pobytu, dlatego najpierw otrzymałem zgodę czasową, a później stałą. Nie mieliśmy więc problemu, żeby zostać w Anglii, tym bardziej że nasze dzieci miały już brytyjskie obywatelstwo.

Brexit mocno zmienił jednak codzienne życie. Część pracowników z krajów Unii wyjechała, a w niektórych branżach zaczęło brakować ludzi do pracy. Było to widoczne między innymi w rolnictwie, gastronomii, transporcie czy usługach komunalnych.

Z perspektywy naszej rodziny najbardziej odczuwalny jest wzrost kosztów utrzymania. Znacznie więcej płacimy za energię, żywność i wiele codziennych usług. Oczywiście nie wszystkie te podwyżki można przypisać wyłącznie Brexitowi, bo później przyszła pandemia, kryzys energetyczny i inflacja. Trudno jednak nie zauważyć, że życie w Wielkiej Brytanii stało się w ostatnich latach znacznie droższe.

Przed referendum zwolennicy wyjścia z Unii przekonywali, że Brexit przyniesie Brytyjczykom wymierne korzyści. Z perspektywy mieszkańca Wysp dostrzega Pan takie korzyści?

Ja ich w swoim codziennym życiu nie widzę. Pamiętam obietnice, że po wyjściu z Unii więcej pieniędzy będzie można przeznaczyć między innymi na ochronę zdrowia. Tymczasem problemy brytyjskiej służby zdrowia nie zniknęły.

Wiele osób, z którymi rozmawiam, jest rozczarowanych i uważa, że oczekiwania związane z Brexitem się nie spełniły. Oczywiście są też ludzie, którzy nadal uważają tę decyzję za słuszną. Brexit do dziś bardzo dzieli Brytyjczyków.

Ja mogę mówić przede wszystkim o własnym doświadczeniu. Kiedy przyjechałem do Wielkiej Brytanii, miałem poczucie, że młody człowiek może tutaj stosunkowo łatwo zacząć od zera, znaleźć pracę i stopniowo poprawiać swoją sytuację. Dzisiaj przewaga Wielkiej Brytanii nad Polską jest, moim zdaniem, znacznie mniejsza.

Tuż po Brexicie przyszła pandemia COVID-19. Mocno odczuliście jej skutki?

Przez siedem miesięcy nie wykonywałem swojej normalnej pracy i otrzymywałem część wynagrodzenia. Mogłem jednocześnie podejmować niewielkie prace usługowe. W czasie pandemii otworzyłem też własną działalność, bo przecież ktoś nadal musiał naprawiać sprzęt i urządzenia czy wykonywać prace remontowe w budynkach mieszkalnych i lokalach gastronomicznych.

Wspólnie z kolegą sporo wtedy pracowaliśmy i nadal prowadzimy w Anglii działalność usługową. Mam wrażenie, że Polacy w trudnych sytuacjach potrafią być bardzo zaradni. Może dlatego, że trudności zamiast nas zniechęcać, często mobilizują do szukania nowych rozwiązań.

Gdyby dzisiaj, po trzynastu latach życia w Wielkiej Brytanii, miał Pan ponownie zdecydować: wyjechać z Polski czy zostać – podjąłby Pan taką samą decyzję?

Tak. Wtedy wyjazd był dla mnie dobrą decyzją. Miałem 21 lat, chciałem się usamodzielnić, zobaczyć trochę świata i sprawdzić, czy dam sobie radę. Wielka Brytania dawała wówczas młodym ludziom możliwości, których w Polsce było znacznie mniej.

Zdobyłem doświadczenie, nauczyłem się języka, uzyskałem kwalifikacje techniczne, założyłem rodzinę i nauczyłem się samodzielności. Niczego z tych trzynastu lat nie żałuję. Dzisiaj jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Polska bardzo się zmieniła, a różnice w poziomie życia między obydwoma krajami nie są już takie jak kiedyś. Dlatego coraz częściej myślę, że następny etap naszego życia może być już w Polsce.

Czyli emigracja, która miała być kiedyś drogą do lepszego życia, może zakończyć się powrotem do miejsca, z którego Pan wyjechał?

Tak może być, chociaż nie chcemy niczego robić na siłę. Dzisiaj nie podejmuję już decyzji tylko za siebie. Mam żonę i dwóch synów, dla których Anglia jest domem. Tam mają szkołę, kolegów i swoje zainteresowania. Musimy brać pod uwagę także ich przyszłość.

Z drugiej strony w Polsce są dziadkowie, rodzina i firma mojego ojca, którą mógłbym kiedyś przejąć. Jest więc do czego wracać. Życie nauczyło mnie jednego: nie warto kierować się obietnicami ani tym, co mówią inni. Trzeba patrzeć na własną sytuację, spokojnie rozważyć wszystkie argumenty i samemu zdecydować, gdzie chce się żyć. My właśnie dojrzewamy do takiej decyzji.

Rozmawiała Jolanta Czudak-Tomaka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here