Przysięga zobowiązuje

330

Wolontariat to wspaniały fenomen naszych czasów, nauczał  Jan Paweł II,  dlatego powinien być żywy wśród nas. (…) „Żaden młody człowiek, będący w waszym wieku, jeśli nie poświęci – w takiej czy innej formie – jakiejś cząstki swego czasu na służbę innym, nie może nazywać siebie chrześcijaninem”.  Julia Drohomirecka, studentka dziennikarstwa na UKSW zainteresowała się jak słowa świętego sprawdzają się w praktyce. O obliczach wolontariatu, formach i filozofii, rozmawia z Oliwią Długosz, wolontariuszką Polskiego Czerwonego Krzyża od 10 lat, ratownikiem WOPR, przewodnikiem osób niewidomych, a prywatnie córką honorowego krwiodawcy zasłużonego dla zdrowia narodu, jednym słowem osobą która wolontariat ma we krwi.

R: Twoja praca na rzecz organizacji charytatywnych była samodzielną decyzją, czy pod wpływem prac społecznych taty?

O: Wychowałam się w rodzinie, o jak to się potocznie mówi „ z genem społecznika”. Faktycznie przez całe życie stykałam się z różnymi formami wolontariatu, zarówno w opowieściach taty, czasami obserwując jak pracuje, bo nie miał kto zostać ze mną w domu. Tam poznawałam kolejne osoby, które myślały podobnie do rodziców. Nie, nigdy tata nie wywierał na mnie wpływu „masz działać”, to raczej była moja inicjatywa „czy ja też mogę”, z drugiej strony była to okazja do spędzenia wspólnie czasu, którego zawsze było mało.

R: To kiedy i dlaczego podjęłaś się wolontariatu?

O: Zaczęło się w gimnazjum. W pierwszej klasie bardzo chciałam kwestować dla WOŚP-u. Udało się znaleźć opiekuna – brat koleżanki był w technikum, więc się zgodził – i tak rozpoczęły się przygotowania. Najpierw krótkie szkolenie, później kwesta i cała ta otoczka… Wiesz wolontariat skupia ludzi innych, należących do subkultur, mających swoje ideologie, często bardzo odmienne, ale jednak w działaniu dość bliskie. Później kuzynka, która jest szefem PCK w naszym mieście zapytała, czy nie chciałabym zacząć kwestować na rzecz Czerwonego Krzyża. Zgodziłam się bez problemu. To nie jest tak, że w wieku 15 lat masz poczucie misji i pracy społecznej. Tego się uczysz, przyszły szkolenia, spotkania z innymi grupami PCK, dopiero poczucie przynależności daje ci świadomość, że robisz coś ważnego, że możesz zmienić chociaż ten mały kawałek swojej przestrzeni. Ogromną lekcją był dla mnie wolontariat „Skrzydła” w Kozienicach należący do Stowarzyszenia Młodych „Arka” w Radomiu. Zbieraliśmy nakrętki plastikowe, dla nas niby niewiele ale pamiętam taki moment z finału akcji, gdzie zobaczyliśmy chłopaka dla którego była ta akcja. Był w naszym wieku, chorował na zanik mięśni. Jego wzrok i łzy mamy, jak zobaczyła kolejne BUSY, tak dokładnie BUSY zwożące całe worki nakrętek, wtedy chyba dopiero do mnie coś dotarło. Mając zdrową rodzinę, niewielkie problemy w szkole pt. matematyka, mogłam uważać się za szczęśliwca – lucky girl.  Ostatnią organizacją, w której szeregi wstąpiłam był WOPR, tutaj już muszę się przyznać do wpływu taty, aczkolwiek bardziej podświadomego niż świadomego. Pamiętałam jego historie i najbardziej kręciło mnie to, że pomimo upływu lat jakie minęły od jego odejścia z WOPR-u, razem z kolegami stanowili nadal „drużynę”, wtedy wydawało mi się to dość enigmatyczne i takie „fajne”, trochę jak z amerykańskiego serialu (śmiech).

R: Co było nie tak?

O: W pewnym sensie było i jest, bo historia mocno zatoczyła koło. Ze względu na stan zdrowia musiałam skończyć pracę ratownika, co nie przyszło mi łatwo. Nadal mam w sobie takie poczucie, że przysięgałam i ta przysięga zobowiązuje. Czasami chciałabym „nie widzieć” wielu rzeczy ale tak się nie da. To zawsze gdzieś w tobie siedzi.

R: A dokładniej?

O: Jak widzisz, że ktoś leży na ulicy to z automatu podchodzisz sprawdzać, czy żyje. Jak jesteś na łodzi na Mazurach to sama sobie narzucasz dyscyplinę. Jak widzisz, że ktoś stoi na awaryjnych na poboczu, to zatrzymujesz się zapytać czy możesz pomóc i tak dalej i tak dalej. Możesz przestać pracować w wolontariacie, możesz nie należeć do grup zjednoczonych „Krzyżem Maltańskim”, ale to z ciebie nie wyjdzie. Zawsze będzie ten impuls, coś jak pamięć mięśniowa. Może brzmi to patetycznie i jakoś wyjątkowo, ale we wszystkich organizacjach spotkałam bardzo różnych ludzi, bardzo często kompletnie odmiennych ode mnie ideologicznie i światopoglądowo, natomiast w akcjach o takich rzeczach nie myślisz. Bardzo często ci ludzie stają się najbliższymi osobami, z którymi wychodzisz na kawę, ognisko, bawisz się i szkolisz, bo w ten sposób buduje się zespół. Sensowny, zgrany ale też znający swoje słabości.

R:  A to nie jest tak, że słabości redukują szkolenia, praktyki?

O: I tak i nie. Brak wiedzy możesz nadrobić, pewne rzeczy mechanicznie wyćwiczyć, ale to nie zmienia faktu, że każdy ma inne zainteresowania i inne predyspozycje, a tego nie oszukasz. Ja zawsze uwielbiałam pierwszą pomoc, dlatego z automatu rozwijałam się i szkoliłam w tej dziedzinie i nie ukrywam że jestem w tym niezła. Z drugiej strony nie mam predyspozycji team buildingowych i chociaż nauczę się psychologii budowania zespołu nie będę miała tej płynności w kontakcie ze swoją drużyną. Wtedy do akcji wkracza np. osoba, która świetnie rozumie ludzi i umie nimi zarządzać dzięki czemu tworzymy zespół kompleksowy/ całościowy/uniwersalny, nazwij to jak chcesz.

R: A jakie wyzwania stawiał przed Tobą wolontariat? Co było najtrudniejsze?

O: Poskromienie złośnicy (śmiech). Jestem osobą o silnej osobowości i dominującym charakterze i bardzo często stawałam się liderem w jakiejś sytuacji z automatu. Tak po prostu wychodziło, niestety, były też sytuacje kiedy miałam dowodzić a zawalałam. Najtrudniejsze było przyznanie racji komuś i to nie w grupie, bo pokerowa twarz i jedziesz. Najciężej było z samą sobą – to uświadomienie sobie, że nie zawsze musisz być najlepsza, że nie zawsze twój pomysł musi być tym wykorzystanym i co najważniejsze to nie oznacza, że się wypaliłaś czy jesteś gorsza. Umiejętność, polegania na pomysłach innych i pogodzenie się z tym, że też mogą być w tym dobrzy i to się może udać jest największym wyzwaniem. Walką, która toczy się w mojej głowie do dnia dzisiejszego i z ręką na sercu nadal ciężko mi się pogodzić ze zdaniem np. kierownika w pracy. Taka mentalna „Mała Mi” zawsze siedzi gdzieś z tyłu głowy.

R: To jak poskromić złośnicę?

O: Szczerze? Powiedzieć o tym zespołowi. Zaznaczyć, że masz takie „swoje misie”, że potrafisz wybuchnąć ot tak w takiej sytuacji. Jeżeli ufasz ludziom z którymi pracujesz wybuch będzie mniejszy, a im też łatwiej będzie przyjąć twoją reakcję. A swoją droga dwa wdechy, pięć minut na kawę i wracasz na spokojnie do omawiania sytuacji. Wyjątkiem był WOPR, ale tam są trochę inne zasady. Stopień idzie w parze z doświadczeniem i umiejętnościami, więc polecenia kierownika zmiany/drużyny czy starszego stopniem nie powodowały aż takiego wewnętrznego buntu. Tutaj doświadczenie, specjalizacja i staż decydowały o „pierwszeństwie” a nie wiek, więc była to zupełnie odmienna forma.

R: A co najbardziej denerwowało Cię w wolontariacie?

O: Pycha i fame. Wiele osób zaczynało działalność społeczną bo to zrobiło się modne. Zdjęcia na Instagramie, zdjęcia pod publikę. Wiesz działania misyjne są bardzo ważne, ale nie mogą nieść negatywnych konsekwencji. Masz pomóc osobie, potrzebującej, a nie wywrócić jej świat do góry nogami, po czym wprowadzić w jej „stare życie” i oczekiwać, że będzie funkcjonować normalnie. Mamy pomagać, nie zbawiać świat

R: Szczerze, to nie bardzo rozumiem

O: Kilka lat temu spotkałam na obozie szkoleniowym dla liderów Polskiego Czerwonego Krzyża chłopaka, który uważał, że żeby pomagać trzeba uważać się za lepszego od osoby, której się pomaga, bo wtedy dociągasz ją do „swojego poziomu”… wiesz jak to usłyszałam ręce mi opadły. Facet, który mówi o równości, bezinteresowności i braterstwie, takie poglądy przekaże swoim podopiecznym? W wolontariacie nie wolno dzielić, moim zdaniem inaczej niż na pomagających i potrzebujących i nie ważne jakie mamy poglądy, skąd jesteśmy. Jeżeli działamy w myśl jednej idei mogę pracować zarówno z Eskimosami, Azjatami czy ludźmi z San Escobar (śmiech). Inny przykład był na Madagaskarze o ile się nie mylę. Dwie doktorantki pojechały tam  z projektem nauki dla dzieci : czytanie, pisanie, angielski, no kompletne podstawy. Projekt świetny, dający szansę na rozwój, no co mogło pójść nie tak? Po bodajże 2 latach projekt zakończono, doktorantki wróciły do Polski i za kolejne 2 lata poleciały na miejsce zobaczyć efekt. Okazało się, że poniosły klęskę. Dzieci, którym rozbudzono nadzieje, pokazano inne życie, musiały wrócić do swoich wiosek, wiele z nich zapomniało wszystkiego, stając się wtórnymi analfabetami. Odcięte od pisanego języka, od książek nie pamiętały zbyt wiele poza tym, że ich życie miało wyglądać inaczej. Z grupy 20 dzieci, tylko dwójce się udało. Dziewczynka dostała pracę na jakiejś większej fermie, a chłopiec przy obsłudze chyba lotniska o ile pamiętam. A co z pozostałą 18? Ja wiem, że życie nie jest fair i nie każdemu się udaje ale te dzieci poniosły konsekwencje których się nie spodziewały. Nawet socjologiczne badania na „grupie kontronej” muszą odbywać się w taki sposób, żeby nie zaszkodzić badanym. Jako wolontariusze mamy zmieniać świat, nie go zbawiać.

R: Jakiś pomysł jak?

O: W każdy sposób. Możesz, idź oddaj krew. Nawet raz na jakiś czas, nie musisz robić tego regularnie. Masz siłę – pomóż w banku żywności, lubisz biegać – idź na biegi charytatywne. Masz dobry kontakt z seniorami – pomóż przy UTW. Rób co kochasz dzieląc się tym z innymi. Czasem warto odpuścić te dodatkowe kilkadziesiąt złotych z nadgodzin i zrobić coś ot tak! Dla innych, dla siebie. Wierz mi karma wraca jak bumerang.   

Z Oliwią Długosz rozmawiała Julia Drohomirecka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here