Kiedy władza zaczyna opowiadać o kredycie „0 procent”, zwykle wiadomo jedno – ktoś właśnie próbuje sprzedać społeczeństwu bardzo drogi rachunek w ładnym opakowaniu. Właśnie tak wygląda historia z pomysłem finansowania armii z pieniędzy Narodowego Banku Polskiego. W rzeczywistości to nie tylko ekonomiczna fikcja, ale także wygodny pretekst, by zablokować program SAFE i przykryć polityczną kalkulację.
Najpierw była konferencja. Prezydent RP i prezes Narodowego Banku Polskiego ogłosili, że istnieje cudowne rozwiązanie: zamiast korzystać z europejskiego programu SAFE i niskooprocentowanego kredytu od kwoty 44 mld euro, Polska może mieć własny „SAFE 0 procent”.
Problem w tym, że w finansach publicznych nie istnieje coś takiego jak „0 procent”. Istnieją tylko koszty – czasem ukryte, czasem odłożone w czasie, ale zawsze realne.
W tej historii szczególnie brutalną diagnozę postawił ekonomista i były członek Rady Polityki Pieniężnej Dariusz Rosati. Jego wniosek jest prosty: „SAFE 0%” może być… droższy niż europejski kredyt.
Dlaczego?
Bo pieniądze Narodowego Banku Polskiego nie są darmowe. Jeżeli państwo sięga po rezerwy banku centralnego – czy to w złocie, czy w papierach wartościowych – rezygnuje z dochodów, które te aktywa przynoszą.
A te dochody są realne.
Rezerwy NBP w papierach wartościowych przynoszą średnio około 3,8–4 procent rocznie. Z kolei złoto – którego wartość w ostatniej dekadzie rosła w tempie przekraczającym kilkanaście procent rocznie – jest jednym z najbardziej dochodowych aktywów w bilansie banku centralnego.
Wniosek Rosatiego jest bezlitosny: sprzedaż rezerw lub ich wykorzystanie na potrzeby wydatków państwa może oznaczać koszt wyższy niż pożyczka z programu SAFE, której oprocentowanie wynosi około 3–3,5 procent. Krótko mówiąc – „kredyt 0 procent” może być droższy niż kredyt 3,5 procent.
To już nie jest ekonomia. To polityczna akrobatyka.
Co więcej, cała konstrukcja „SAFE 0%” stoi na jeszcze jednym kruchym fundamencie – rzekomych zyskach Narodowego Banku Polskiego. Tyle że NBP w ostatnich latach wcale nie notował zysków, które można by rozdać politykom. Wręcz przeciwnie – bank centralny ponosił wielomiliardowe straty wynikające z operacji walutowych i zmian stóp procentowych.
Opowieść o setkach miliardów złotych do dyspozycji wygląda więc raczej jak kreatywna księgowość polityczna niż realny plan finansowy. Dlatego coraz więcej analityków widzi w całej sprawie coś znacznie prostszego.
Nie chodzi o finansowanie armii. Chodzi o stworzenie politycznego uzasadnienia dla weta wobec programu SAFE.
Bo gdy pojawia się alternatywa – choćby całkowicie nierealna – łatwiej powiedzieć: „nie potrzebujemy europejskiego programu, mamy własny”.
To klasyczna sztuczka polityczna. Najpierw tworzy się fikcyjną alternatywę, a potem ogłasza się ją zwycięstwem suwerenności.
Tyle że rachunek wciąż pozostaje ten sam.
Albo państwo bierze kredyt i spłaca go w czasie – co jest standardem w finansach publicznych – albo sprzedaje lub zużywa strategiczne aktywa, które mają chronić stabilność gospodarki.
Jedno jest uczciwe i przejrzyste.
Drugie przypomina wyprzedawanie sreber rodowych, żeby udowodnić, że obiad był darmowy. A jest jeszcze jeden aspekt tej historii, o którym politycy mówią wyjątkowo cicho. Jeżeli rzeczywiście istnieje możliwość sięgnięcia po setki miliardów złotych z banku centralnego – nawet kosztem jego stabilności – to dlaczego akurat na zbrojenia?
Dlaczego nie na dramatycznie niedofinansowaną służbę zdrowia?
Dlaczego nie na leczenie ludzi, którzy miesiącami czekają na operacje i specjalistów, bo w systemie po prostu nie ma pieniędzy? W kraju, w którym pacjenci zbierają środki na leczenie w internecie, opowieść o „darmowych” miliardach na polityczny projekt brzmi jak wyjątkowo ponury żart.
Dlatego cała historia z „SAFE 0%” wygląda coraz mniej jak plan gospodarczy, a coraz bardziej jak polityczna kombinacja. Kombinacja, która ma jeden bardzo konkretny cel: stworzyć pretekst do zawetowania programu SAFE.
A kiedy państwo zaczyna podejmować strategiczne decyzje w oparciu o polityczne sztuczki zamiast ekonomii, zwykle kończy się to tak samo. Rachunek przychodzi później. I zawsze płacą go obywatele. (JC)


































