Stworzyła od zera jedną z największych w Polsce organizacji opieki długoterminowej. Potem weszła w kolejne przedsięwzięcia w kraju i zagranicą. Organizowała misje gospodarcze, inwestowała w kolejne branże i angażowała się w działalność charytatywną. Beata Drzazga to wszystko inicjowała przez lata. Dziś odnajduje radość w dzieleniu się tajnikami wiedzy i doświadczeniem biznesowym z przedsiębiorcami. Chętnie mówi o odwadze w biznesie i różnicach między Polską a Stanami Zjednoczonymi, zaufaniu do ludzi, cenie sukcesu i przekonaniu, że dobro zawsze wraca do człowieka.
Co Cię napędza do takiej aktywności – potrzeba tworzenia, ciekawość, ambicja, a może nieumiejętność siedzenia w miejscu?
Miłość do ludzi. Wszystko, co robiłam, zawsze było związane z ludźmi. Najpierw myślałam, że kocham przede wszystkim pacjentów. Potem zrozumiałam, jak ważni są dla mnie tak samo pracownicy. Dzisiaj podobnie myślę o przedsiębiorcach, których chcę inspirować, żeby uwierzyli, że mogą zrobić więcej. Dla mnie podstawą jest szacunek do ludzi, pasja i wdzięczność. Wierzę, że jeżeli człowiek potrafi być wdzięczny za to, co otrzymuje, i dzieli się dobrem z innymi, to dobro do niego wraca. Nie wiem czyja to zasługa. Dla mnie ważne jest przekonanie, że jesteśmy na Ziemi również po to, żeby coś dawać innym.
Ta potrzeba pomagania była w Tobie od zawsze?
Chyba tak. Kiedy miałam cztery czy pięć lat, rysowałam siebie w szpitalu jako lekarkę albo pielęgniarkę. Moja ciocia była pielęgniarką i pamiętam nawet zapach jej szpitalnego płaszcza. Wyobrażałam sobie wtedy, że sama pracuję w szpitalu i przytulam ludzi. Ostatecznie zostałam pielęgniarką, zrobiłam specjalizację z geriatrii, później doszła ekonomia i przedsiębiorczość. Ale człowiek zawsze był w centrum.
Z tego dziecięcego marzenia wyrosła później potężna firma opieki długoterminowej BetaMed?
Tak, zaczynałam praktycznie od zera. Miałam jeden pokoik, biały fartuszek, troje małych dzieci i żadnego kapitału za plecami. Porzuciłam pracę w publicznej służbie zdrowia i rozpoczęłam własną działalność. Chciałam pokazać, że opieka nad pacjentem może wyglądać zupełnie inaczej. Że można z szacunkiem traktować zarówno pacjenta, jak i personel. Z czasem firma rozrosła się do 91 filii w 11 województwach i zatrudniała tysiące ludzi. Opiekowaliśmy się między innymi pacjentami wentylowanymi mechanicznie, którzy dzięki specjalistycznej opiece mogli przebywać w swoich domach, blisko rodzin.
Z czasem stworzyłam w Chorzowie bardzo nowoczesne centrum o powierzchni 8 tys. metrów kwadratowych dla osób wymagających intensywnej opieki. Towarzyszyłam wykonawcom w kasku na głowie we wszystkich pracach budowlanych i wyposażeniu od początku do końca. Chciałam, żeby ten obiekt nie przypominało smutnej placówki, tylko miejsce komfortowe. Była tam przestrzeń do spotkań, kawiarnia, fryzjer, miejsca aktywności i oczywiście specjalistyczna opieka medyczna. Budowałam tę klinikę jak własny dom rodzinny.
Do tego potrzebne były jednak nie tylko marzenia, ale także środki. Miałaś finansowe wsparcie?
Nie dysponowałam wystarczającym kapitałem, dlatego podjęłam pewne ryzyko finansowe. Wzięłam kredyt z banku w wysokości około 60 milionów złotych. Mój dyrektor był przerażony, ale ja wiedziałam, co chcę stworzyć. Oczywiście to nie było szaleństwo bez żadnych podstaw. Firma działała już od kilkunastu lat, była rozwinięta w wielu województwach. Wiedziałam, że nawet gdyby inwestycja nie poszła zgodnie z planem, będę w stanie spłacać zobowiązania. Ryzyko było, ale za nim stały doświadczenie, dynamiczna firma i bardzo konkretna wizja. W biznesie sama wiara jednak nie wystarczy. Trzeba pracować. Prowadzenie firmy to nie są wyłącznie piękne chwile. To przede wszystkim praca, trud, stres, odpowiedzialność i dopiero pomiędzy tym wszystkim pojawiają się sukcesy.
Czyli odwaga nie oznacza lekkomyślności?
Absolutnie nie. Odwaga oznacza, że potrafisz podjąć decyzję mimo świadomości ryzyka. Popełnisz błąd? Trudno. Wyciągasz wnioski i idziesz dalej. Mam wrażenie, że dzisiaj część młodych ludzi chce wszystko najpierw przeanalizować, przedyskutować, stworzyć projekt, model, kolejne warianty. W pewnym momencie można się przestraszyć własnych analiz i nigdy nie rozpocząć działalności. A zawsze trzeba zrobić ten pierwszy krok.
Przed rokiem, po 25 latach sprzedałaś BetaMed SA. Jak rezygnuje się z czegoś, co właściwie było częścią Twojego życia?
Z żalem, ale nie mogłam już stawiać czoła przeciwnościom. Przez 25 lat obserwowałam różne polityczne rozdania. Na początku zawsze słyszymy deklaracje, że przedsiębiorczość będzie wspierana, a później bardzo często wracamy do punktu wyjścia. Nadal przedsiębiorcom się nie ufa. Zamiast zastanawiać się, jak pomóc firmie się rozwijać, bardzo często zaczyna się od kontroli, podejrzliwości i kolejnych przeszkód. Dużo łatwiej jest prowadzić taką działalność zagranicą m.in. w Stanach Zjednoczonych. Miałam zresztą już tam i w kraju inne firmy, inwestycje i kolejne pomysły, dlatego przyszedł czas, żeby pójść dalej. Potraktowałam BetaMed jak dorosłe dziecko. Powiedziałam sobie: niech teraz idzie w świat i dalej się rozwija. Żartuję, że wydałam ją dobrze za mąż. Sprzedałam „to dziecko” francuskiej firmie w nadziei, że moja wizja będzie kontynuowana i nowy właściciel nie zamieni jej w korporację. Mnie zawsze dużo bardziej zależało na pacjentach i pracownikach w zapewnianiu im komfortu pracy i profesjonalnej opieki, niż na wynikach finansowych. Bardzo bym chciała, aby nowy właściciel rozwijał ją nadal w tym duchu.
Na czym polega różnica w podejściu do przedsiębiorcy zajmującego się podobną działalnością w Polsce i w Stanach Zjednoczonych?
Mogę dokonać takiego porównania na własnym przykładzie z Nevady. Współpracowałam z Regionalną Izbą Gospodarczą w Katowicach przy organizacji misji gospodarczej do USA – w Nevadzie. Byłam uczestniczką m.in. misji przygotowanej specjalnie dla mnie, z związku z tym, że otwierałam tam BetaMed International. Pokazywano mi wówczas kliniki, szkoły medyczne i kontaktowano mnie z ubezpieczycielami i ludźmi odpowiedzialnymi za poszczególne obszary związane z ochroną zdrowia. To był dla mnie inny świat. Administracja pytała: czego potrzebujecie, co możemy zrobić, żebyście mogli się rozwijać? Pomagał w tym gubernator stanu. Tam przedsiębiorcę prowadzi się za rękę, zamiast zastanawiać się, gdzie postawić mu kolejną przeszkodę. Gdy wracałam do kraju od razu był zimny prysznic.
To bardzo przykre, że nie traktuje się przedsiębiorców poważnie, tylko rzuca się kłody pod nogi.
Dlatego potrzebujemy odbudowania etosu przedsiębiorcy. Przedsiębiorca nie może być z definicji traktowany jak ktoś podejrzany. Przecież wielu z nas zaczynało od zera. Nikt nie przyniósł nam pieniędzy na tacy. Ryzykujemy własnym majątkiem, tworzymy miejsca pracy, płacimy podatki i budujemy firmy. Moje doświadczenia są najlepszym tego przykładem. Świat naprawdę jest większy niż nasze własne podwórko. Państwo powinno rozumieć prostą zależność: jeżeli przedsiębiorcy rosną, rozwija się gospodarka, to i kraj się bogaci.
Czego mogą nauczyć się polscy przedsiębiorcy od amerykańskich i wzajemnie amerykańscy od polskich?
Polacy powinni się nauczyć większej odwagi do działania i większego rozmachu. Rezygnacji z ograniczania swoich planów biznesowych i marzeń tylko dlatego, że ktoś inny uważa je za zbyt duże. Amerykanie nie mają takich zahamowani i nie boja się ryzyka. W Stanach ludzie mówią o tym, co zrobili. U nas przez lata uczono: nie chwal się, siedź cicho, co ludzie powiedzą. A przecież opowiadanie o sukcesie może inspirować innych.
Sama pojechałam kiedyś do Ameryki, właściwie nikogo tam nie znając. Zabrałam ze sobą 5 letniego syna i starszą córkę. Zaczęłam od Miami, później pojawiły się kolejne przedsięwzięcia. Poznałam Johna Petkusa, konsula honorowego RP w stanie Nevada z siedzibą w Las Vegas i przez lata angażowałam się w organizowanie misji gospodarczych pomiędzy Polską a Nevadą. Zostałam pierwszym ambasadorem biznesowym Nevady. Amerykańscy przedsiębiorcy podziwiają Polaków za kreatywność i determinację, dlatego chcą z nami współpracować i powinniśmy z tego korzystać.
Medycyna, moda, elektronika, nieruchomości, Stany Zjednoczone, misje gospodarcze, mentoring. Nie boisz się wchodzić w zupełnie nowe dziedziny?
Nie, ponieważ fascynuje mnie tworzenie. Kiedyś przez wiele lat pracowałam od rana do wieczora i brakowało mi czasu na chodzenie po sklepach. Z tego powodu nie miałam się w co ubrać na chrzciny mojego syna. Wtedy pomyślałam, nie mam czasu na zakupy to otworzę własny sklep Dono da Scheggia. Po włosku scheggia to drzazga. Tak powstała moja przygoda z modą. Jeździłam po kolekcje do Mediolanu, Paryża czy Londynu, robiłam pokazy. Potem pomyślałam: przecież ja kocham latać po świecie. I zaczęły się kolejne przedsięwzięcia. Ktoś może patrzeć na to i widzieć chaos. Ja chaosu nie widzę. To jest mój plan. Gdyby ktoś próbował mnie uspokoić i zmusić do życia w wolniejszym tempie, byłabym nieszczęśliwa.
Zarządzałaś tysiącami ludzi. Jak rozpoznajesz człowieka, któremu można zaufać w biznesie?
Zaczynam od CV, ponieważ kompetencje są potrzebne. Nie wystarczy być sympatycznym człowiekiem, jeśli nie potrafi się wykonywać profesjonalnie swojej pracy. Ale później patrzę przede wszystkim na człowieka. Muszę poczuć, że ta osoba chce coś stworzyć, że ma w sobie energię, ciekawość i wyznaje podobne wartości do moich. Przez 25 lat osobiście zatrudniałam bardzo wielu ludzi i nadal to robię. Czasami już podczas rozmowy wiem, że z kimś będziemy chcieli przychodzić do pracy z uśmiechem i razem stworzymy coś niezwykłego. Takich zatrudniam.
I dlatego tak dużo uwagi poświęcałaś swoim pracownikom?
Tak. Zależało mi, żeby wiedzieli, że firma to nie tylko miejsce, do którego przychodzi się po wypłatę. Chciałam, żeby czuli, że są ważni. Wprowadzałam rozwiązania, które miały im dawać czas dla siebie i dla zdrowia. Były dodatkowe dni na badania profilaktyczne, krótszy czas pracy w określonych dniach, niespodzianki urodzinowe, prezenty. Nie traktowałam tego jako narzędzia HR. Po prostu zależało mi na tych ludziach.
Dzisiaj podobną energię kierujesz w stronę przedsiębiorców. Dlaczego?
Bo chcę im dodawać skrzydeł. Zaangażowałam się w pomoc i inspirowanie przedsiębiorców w różnych organizacjach, aby korzystali z doświadczenia innych ludzi biznesu, nawiązywali kontakty, zmieniali sposób myślenia. Będę mogli zobaczyć, że nie muszą ograniczać się wyłącznie do polskiego rynku. Chcę mówić im: możesz skalować firmę, możesz otworzyć kolejną, możesz wyjść za granicę. Świat jest również dla ciebie. Mam doświadczenie, kontakty międzynarodowe i wiedzę zdobytą przez lata. Nie chcę tego zatrzymywać dla siebie. Dodaję odwagi młodym przedsiębiorcom, bo są wśród nich niezwykle zdolni ludzie, znacznie lepiej przygotowani do prowadzenia biznesów od naszego pokolenia.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy strach przed błędem paraliżuje działanie. Nie można prowadzić biznesu bez ryzyka. Można je ograniczać, można się przygotowywać, ale nie można go całkowicie wyeliminować. Młody człowiek musi dostać prawo do pomyłki. Ważne, żeby po niej wstał i poszedł dalej.
Mówisz o dodawaniu ludziom skrzydeł. Masz dowody, że to rzeczywiście działa?
Niedawno zadzwoniła do mnie kobieta, której wcześniej nie znałam osobiście. Powiedziała, że kiedyś zobaczyła moje wystąpienie i nagle zrozumiała, czego chce od życia. Brakowało jej odwagi. Po dwóch latach zadzwoniła z Kanady. Ułożyła tam swoje życie, ma rodzinę i powiedziała mi: „Pani dodała mi skrzydeł”. Pomyślałam wtedy: jakie to piękne, że można zmieniać ludziom życie. I właśnie to daje mi ogromną satysfakcję.
Bierzesz udział w wielu akcjach charytatywnych, angażujesz się w pomaganie innym. Nie boisz się, że kiedyś rozdasz za dużo siebie?
Czasami rzeczywiście ktoś mi mówi: Beata, pomyśl wreszcie o sobie. Pomagam ludziom, wspieram różne inicjatywy, angażuję się w działania charytatywne, pomagam także zwierzętom. Nie mogę patrzeć na okrucieństwo wobec psów, czy koni w górskich zaprzęgach. Pomaganie daje mi radość. Oczywiście trzeba zachować rozsądek. Nie jestem miliarderką i nie mogę rozdać wszystkiego. Ale jeśli mam możliwość komuś pomóc, trudno mi przejść obok tego obojętnie. Uważam, że dobro zawsze wraca do człowieka. To jest moja głęboka wiara.
Przekonałaś się o tym sama?
Wielokrotnie. W życiu biznesowym miałam także trudne chwile, stres i noce, kiedy nie mogłam spać. W takich momentach szczególnie mocno czułam, że to, co robię, nie może sprowadzać się wyłącznie do pieniędzy. Jeżeli człowiek coś otrzymuje, powinien umieć się tym dzielić. Czuję się czasem jak pośrednik w przekazywaniu dobra dalej. Nie twierdzę, że wystarczy być dobrym człowiekiem, usiąść i czekać, aż Wszechświat załatwi za nas biznes. Trzeba pracować, podejmować decyzje, ryzykować i ponosić odpowiedzialność. Ale wierzę, że sposób, w jaki traktujemy ludzi, ma znaczenie.
Założyłaś kilka firm, masz za sobą wiele szlachetnych przedsięwzięć, a słuchając Ciebie, trudno odnieść wrażenie, że zamierzasz zwalniać. Co jeszcze chce zrobić ta filigranowa osoba?
Bardzo dużo! Chcę nadal organizować misje gospodarcze w różnych częściach świata. Uwielbiam zajmować się wyposażaniem wnętrz, nieruchomościami i tworzeniem nowych rzeczy. Chcę też wreszcie zrobić coś, na co wcześniej nie miałam czasu. Kiedy byłam dzieckiem, nie pozwolono mi uczyć się gry na fortepianie. Więc kupiłam sobie fortepian i będę grać. Chciałam malować i też nie mogłam tego robić, to teraz się tym zajmę. Do tego jeszcze piszę wiersze. Marzenia nie mają terminu ważności. Czasami żartuję: uważajcie z marzeniami, bo ja marzyłam o lataniu po świecie, a teraz właściwie mieszkam na lotniskach. Lata lecą, a ja mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Czasami zastanawiam się, czy zdążę je wszystkie wykonać w jednym życiu, ale na pewno będę próbować.
Rozmawiali Jolanta Czudak i Zbigniew Grzeszczuk


























