Wiejska melancholia

357

Wiosna tego roku była zdumiewająco piękna. Ciepły podmuch wiatru otulał wtulone w siebie matkę i córkę. Ich cichy szloch zdawał się wypełniać panującą wokół ciszę. Miłość, jaka je łączyła, była tak głęboka, że każdy próbujący jej przeszkodzić, utonąłby w otchłani tego uczucia. Obie ciągnęły za sobą raniący je krzyż przez wiele lat. Ten moment, był momentem zapomnienia o doznanych krzywdach. Od teraz liczyła się tylko przyszłość.

Ogromna altana, pokryta ciemnobrązową farbą była miejscem, gdzie można odpocząć i uspokoić myśli. Ozdobiona różnobarwnymi kwiatami, posadzonymi w doniczkach, które powieszone były jeden przy drugim. Była niczym azyl, gdzie każdy czuł się bezpiecznie. Teraz siedziały w niej Agata i Marlena. Agata Dąbrowska, z natury, gnębiące ją problemy wolała analizować wewnątrz, jakby starała się uchronić wszystkich przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Jej skrytość miała swoje odzwierciedlenie w nieumiejętności okazywania uczuć. Emocjonalny analfabetyzm torował jej drogę do szczerych rozmów z dziećmi. Nie potrafiła nauczyć ich, jak okazać miłość. Mocno odbiło się na ich życiu. Teraz był czas, kiedy liny puściły…

Agata

Otworzyłam prawe oko. Słońce wpadało do mojego pokoju. Przez wypolerowane poprzedniego dnia szyby. Prosto na ciepłe łóżko. Spojrzałam na zegarek. Dziewiąta. Otworzyłam drugie oko. Z trudem zwlekłam się z łóżka. Przez COVID19 moje poranki właśnie tak wyglądały. Dziewiąta… To dla mnie późna pora. Teraz nie chodziłam do pracy. Miałam mniej obowiązków. Były tego plusy i minusy. Największą wadą była łatwość przybierania na wadze. Przeszłam na dietę. Po kwarantannie chciałam zmieścić się w drzwiach i coś reprezentować swoim wyglądem. Szczególnie, że jeszcze chwila i na wadze pojawiłaby się 7 z przodu. Przy 167 centymetrach wzrostu to trochę za dużo.

Wstałam. Przejrzałam się w lustrze. Moje kruczoczarne włosy wyglądały jakby sto lat nie widziały grzebienia. Włożyłam szlafrok i pomaszerowałam prosto do kuchni. Dieta dietą, ale głodzić się nie miałam zamiaru. Żołądek ewidentnie domagał się jedzenia. Przez moment miałam wrażenie, że to mój kot tak burczy, bo chce się z kimś pobawić. Po chwili zrozumiałam, że odgłosy dochodzą prosto z mojego brzucha. Weszłam do kuchni. Zastałam tam moją córkę Marlenę. Białowłosa piękność. Zazdrościłam jej tego koloru. Teraz przez koronawirusa i zamkniętych fryzjerów miała 2 centymetrowy odrost u samej nasady. Parzyła kawę. W swoim ulubionym kubku z Barbie. Chyba nigdy z tego nie wyrośnie. Było to całkiem urocze. „Ja też chętnie napiję się kawki, jeśli już pytasz”. Uśmiechnęłam się. Podstawiłam swój kubek obok jej. Zjadłam swoją ulubioną owsiankę. Wymieniłyśmy się kilkoma zdaniami. Nasze rozmowy nigdy nie schodziły na ważne tematy. Ten poranek był zgoła odmienny. Nagle Marlena zaczęła opowiadać o swoich problemach. Mówiła jak brakuje jej rozmów ze mną. „Chodźmy do altanki, tam dokończymy rozmowę na spokojnie”. Zaproponowałam. Marlena przytaknęła. Wstałyśmy i wzięłyśmy nasze kawy. Usiadłyśmy w pięknej altance. Zawsze wywoływała we mnie pozytywne emocje. Lepszego miejsca na taką rozmowę nie mogłam znaleźć. „Wiem, że nie rozmawiamy dużo…” Zaczęłam. Zajęłam miejsce obok Marleny. „Chcę to zmienić”. Powiedziała. W jej oczach widać było coś pomiędzy tęsknotą a skruchą. „To moja wina, wiem, że nie jestem najlepszą córką, powinnam…”

„Nie obwiniaj się. Jeśli ktokolwiek jest temu winny to tylko ja. To ja nie potrafię pokazać Wam jak bardzo mi na Was zależy”. Przerwałam. Do oczu napływały mi łzy. Nie mogłam nic powiedzieć. Wspólnie sobie pomożemy. Obiecałyśmy. Miałam wątpliwości. Marlena mnie uspokoiła: „Poradzimy sobie”. Jak gdyby czytała w moich myślach… „Kocham Cię, pamiętaj o tym…”. Wydusiłam. Przytuliłam Marlenę. Zaczęłyśmy cicho szlochać. Ciężar spadł z mych barków. Siedziałyśmy w milczeniu. Pół godziny. Może więcej. W końcu przeprosiłam Marlenę. Musiałam się przejść. Pomyśleć w samotności.

Wirus straszy, wieś uspokaja

Lubiła spacery. Podziwiała piękno okolicznych pól i lasów. Te widoki za każdym razem zapierały jej dech w piersiach. Idąc leśnymi, wąskimi ścieżkami czuła błogi spokój. Pozwoliła, aby ten stan ogarnął jej spięte ciało. Dała ponieść się chwili. Zapomnienie o problemach wzbierało w niej poczucie szczęścia. W duchu dziękowała, że ma możliwość podziwiania tych cudownych widoków. Szum liści i rodzących się do życia drzew był ukojeniem dla jej zranionej duszy. Koronawirus nie zmienił jej życia na gorsze. Dzięki niemu potrafiła dostrzec piękno miejsca, które w pewnym momencie stało się dla niej nudne i monotonne. Teraz natura stała się sprzymierzeńcem Agaty.  Myśląc o przyszłości czuła strach. Wiedziała, że będzie jej trudno. Chciała otworzyć się na innych. Było to nie lada wyzwanie. Całe życie radziła sobie sama. Rozciągający się przed nią widok, sprawił, że lekko się uśmiechnęła. „Będzie dobrze” – pomyślała.  

Była szczęśliwa. W czasach kiedy wszyscy musieli zostać w domu, ona miała ten przywilej, że mieszkała na wsi. Tutaj mogła naprawdę wypocząć. Uspokoić myśli. Kwarantanna była jej potrzebna. Miała mnóstwo czasu. Realizowała plany, na które wcześniej nie miała nawet chwili. To bardzo wpłynęło na jej psychikę. Potrzebowała wytchnienia. Chciała poukładać sobie wszystko w głowie.  Spacerując, była z dala od wścibskich oczu sąsiadów. To jej przeszkadzało w życiu na wsi. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzieli. Ona zaś była skryta. Nie lubiła rozgłosu. Nie miała dobrego kontaktu z mieszkańcami Starego Kalinowa. Odstawała od nich.

Strach ma wielkie oczy

Wracając dostrzegła Sebastiana. Trzydziestolatek chory na schizofrenię. Biegł w jej stronę. Zauważyła, że nie ma na sobie butów. Wzbudziło to jej podejrzenia. „On chce mnie zabić”. Krzyknął. W jego głosie słychać było przerażenie.

Agata nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Bała się. Wiedziała, że schizofrenik jest zdolny do wszystkiego. Chciała być wtedy w jego głowie. Zrozumieć co się tam działo. Rozejrzała się. Nie było nikogo. Myślała nad ucieczką. Szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Postanowiła działać. „Kto taki? Gdzie masz buty”. Zapytała. „Ojciec. Muszę zadzwonić na policję. Ma pani telefon?” Wyciągnął dłoń w jej stronę. Była na niej krew.

Agata drżącymi rękami podała mu telefon. W jej głowie przewijało się mnóstwo scenariuszy. Sebastian zadzwonił na policję. Agata zebrała się na odwagę. Zaproponowała, aby wrócili razem. W oddali zobaczyła mały drewniany dom. Uspokoiła się. „Już blisko” – pomyślała. Maszerowali tak w ciszy jeszcze chwilę. W końcu dotarli na miejsce. Radiowóz. Wjechał na niewielkie podwórko. Agata poczuła ulgę. Policja zaczęła rozmawiać z Sebastianem. Wysoki, umundurowany brunet z maseczką na twarzy rozejrzał się dokoła. Zobaczył krew na ganku. Następnie na rękach Sebastiana. Szybko zareagował. Obezwładnił Sebastiana. Zakuł w kajdanki. Wbiegł do domu. Ujrzał leżącego mężczyznę. Obok niego krew. Agata rozpoznała, że jest to ojciec Sebastiana. Alkoholik, którego nie obchodził los syna. Żył. Okazało się, że wynikła między nimi kłótnia. Ojciec Sebastiana był pijany. Sebastian miał rzut schizofrenii. Wmówił sobie, że ojciec chce go zabić. Ratował się. Uderzył go w tył głowy. Potem uciekł.

Agata widziała jak zabierają go do szpitala psychiatrycznego. Współczuła mu. Wciąż była przerażona. Jej ręce nie przestawały się trząść. Adrenalina nie spadała. Powiedziała o wszystkim policjantom. W maseczce ciężko było jej złapać oddech. Wracała do domu. Myślała jakie zaskakujące potrafi być życie. Ile dzieje się w ciągu jednego dnia. Dobrego i złego. Życie na wsi wcale nie było nudne. Nawet w małej miejscowości tyle się działo. To ile jeszcze tajemnic skrywało w sobie Stare Kalinowo wiedzieli tylko jego mieszkańcy. Koronawirus zbierał swoje żniwo. Na wsi życie toczyło się dalej.

Edyta Dąbrowska, studentka dziennikarstwa na UKSW

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać komentarz!
Please enter your name here