Prawniczka z wykształcenia, zawodowo związana ze światem odległym od bioenergoterapii. Kilka lat temu poważne problemy zdrowotne zmusiły ją do zatrzymania się i przewartościowania życia. Dziś Sylwia Discher mówi o rozwoju duchowym, stawianiu granic, potrzebie odpoczynku i odzyskiwaniu równowagi. – Najtrudniej było mi zadać sobie pytanie: gdzie ja byłam w tym wszystkim? – przyznaje.
Skąd u prawniczki zainteresowanie rozwojem duchowym i potrzeba pomagania innym?
Myślę, że pojawiła się we mnie naturalna potrzeba pokazania ludziom, że nie samą pracą człowiek żyje. Czasami trzeba się zatrzymać, spojrzeć na siebie, na swoje emocje, potrzeby i zdrowie. Potrzebujemy odpoczynku, kontaktu z naturą, czasu dla siebie. Nie po to, żeby zrezygnować z aktywności czy ambicji. Przeciwnie – żeby mieć siłę dalej pracować i osiągać swoje cele, ale już nie własnym kosztem.
Łatwo powiedzieć: zatrzymaj się. Tylko jak to zrobić, kiedy od rana do wieczora jesteśmy zajęci?
Zacząć od małych kroków. Choćby od pół godziny dziennie. Wydaje nam się, że nie mamy czasu, ale wystarczy zobaczyć, ile poświęcamy go na telefon, komputer czy przeglądanie mediów społecznościowych. Gdy ograniczymy ten czas, nagle okazuje się, że można pójść na spacer, poczytać książkę, pomedytować, zrobić sobie relaksującą kąpiel.
W weekend zamiast wymyślać kolejną pracę albo zabierać obowiązki zawodowe do domu można wyjechać za miasto, pójść z rodziną do parku, nad rzekę. To nie muszą być wielkie rzeczy.
Co może nas zmotywować, skoro sami nie potrafimy nacisnąć hamulca?
Zdrowie. Organizm nie jest maszyną działającą bez końca. Potrzebuje regeneracji. Jeżeli długo ignorujemy zmęczenie i przeciążenie, w pewnym momencie może sam powiedzieć: dosyć. Często dopiero choroba, pobyt w szpitalu czy inne trudne wydarzenie powodują, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad swoim stylem życia.
Tobie również potrzebny był taki wstrząs?
Tak. Kilka lat temu miałam zatorowość płucną i zakrzepicę proksymalną. To było poważne zagrożenie życia. Na szczęście zostałam po tej stronie i jestem za to ogromnie wdzięczna. Ale właśnie wtedy spojrzałam na swoje dotychczasowe życie zupełnie inaczej. Byłam wychowana w przekonaniu, że najważniejsze są praca, obowiązki i zarabianie pieniędzy. Przyjemności? Później. Albo wcale. Przede wszystkim starałam się spełniać oczekiwania innych: rodziców, otoczenia, przełożonych, męża, bagatelizując swoje potrzeby.
I nagle zadałam sobie pytanie: a gdzie w tym wszystkim było miejsce dla mnie? Czy byłam szczęśliwa? Czy żyłam tak, jak naprawdę chciałam? Co właściwie zrobiłam dla siebie? Odpowiedź była brutalnie prosta: niewiele.
I można po takim odkryciu po prostu zmienić życie?
Nie. To nie jest pstryknięcie palcami. U mnie trwało to tygodnie, miesiące i właściwie ten proces nadal trwa. Najtrudniejszy moment przychodzi wtedy, kiedy zaczynasz stawiać granice. Jeżeli przez lata przyzwyczaiłaś innych, że zawsze coś dla nich robisz, jesteś dostępna i spełniasz ich oczekiwania, a nagle zaczynasz mówić „nie”, otoczenie może zareagować bardzo różnie. Nagle możesz zostać uznana za egoistkę, osobę wyniosłą albo chłodną.
Czy dbanie o siebie rzeczywiście nie jest egoizmem?
Może nim być, jeżeli robimy to kosztem innych. Dlatego dla mnie ważna jest równowaga. Trzeba patrzeć na siebie i swoje potrzeby, ale bez krzywdzenia drugiego człowieka. Można dbać o własny komfort, zdrowie i spokój, jednocześnie szanując potrzeby ludzi wokół. To jest kwestia komunikacji, kompromisu i wzajemnego szacunku.
A jeżeli druga osoba nie chce się zmienić?
Nie można jej zmusić. To jedna z rzeczy, których sama się nauczyłam. Każdy odpowiada przede wszystkim za siebie. Możesz rozmawiać, tłumaczyć, proponować pomoc, ale nie możesz przeżyć czyjegoś życia. Jeżeli w relacji pojawiają się problemy, warto również korzystać z profesjonalnej pomocy – psychologa czy terapii. Natomiast zmuszanie człowieka do zmiany najczęściej prowadzi do jeszcze większego oporu.
Czasami trzeba po prostu odpuścić próbę naprawiania wszystkich wokół i zapytać: co ja mogę zrobić ze swoim życiem?
To wymaga również zaakceptowania własnych słabości. I chyba właśnie to jest najtrudniejsze. Czasami ktoś mówi nam coś o nas samych, ale odbijamy to od siebie jak od ściany. Dopiero kiedy sami zobaczymy problem i zaakceptujemy jego istnienie, możemy zdecydować, co z nim zrobić.
Ja pewne rzeczy musiałam sobie tłumaczyć wielokrotnie. Był płacz, złość, wyrzuty sumienia, że coś zrozumiałam za późno. Ale kiedy w końcu coś rozumiesz, akceptujesz i potrafisz puścić, pojawia się ogromna ulga. Jakby ktoś zdjął ci ciężar z pleców.
Wiele mówisz o równowadze. Co właściwie oznacza ona dla ciebie?
To oznacza, że żadna część naszego życia nie powinna pochłaniać całej reszty. Praca jest ważna. Relacje są ważne. Rodzina jest ważna. Ale ważny jesteś również ty sam. Mamy tendencję do komplikowania rzeczy prostych. Tymczasem czasami naprawdę potrzebujemy odpoczynku, ciszy, spaceru, snu.
Śmieję się, że przecież już w przedszkolu ktoś wiedział, co robi, zarządzając po obiedzie drzemkę. Dziecko biegało, bawiło się, a potem miało się wyciszyć i odpocząć. Szkoda, że w dorosłym życiu tak łatwo o tym zapominamy.
Rozwój duchowy kojarzy się jednak wielu osobom z czymś bardzo ezoterycznym.
Dla mnie jego podstawą jest praca nad sobą. Można medytować, stosować wizualizację czy inne praktyki, które pomagają się uspokoić i skoncentrować. Ale najważniejsze jest to, co dzieje się w naszym wnętrzu.
Czy potrafimy odpuścić złość? Czy umiemy nie żyć zazdrością i zawiścią? Czy potrafimy zauważyć dobre rzeczy? Czy umiemy chronić własne granice? Możemy używać różnych symboli czy przedmiotów, które dają nam poczucie bezpieczeństwa, ale ja traktuję je trochę jak placebo dla umysłu. To nie przedmiot wykonuje za nas pracę. On może być symbolem, który pomaga nam poczuć się pewniej. Ostatecznie najwięcej zależy od nas.
Zaczynasz także interesować się bioenergoterapią?
Tak, ale podkreślam: dopiero się uczę. Człowiek uczy się całe życie. Nie mam jeszcze własnego gabinetu. Są natomiast osoby, które przychodzą do mnie, rozmawiamy i korzystają z praktyk, które stosuję. Ja również cały czas szukam i uczę się, co mi służy.
Co robisz, kiedy sama potrzebujesz się wyciszyć?
Lubię wizualizację. Wyobrażam sobie światło albo wodę, która zabiera napięcie i wszystko, czego już nie potrzebuję. Czasami robię to podczas zwykłego prysznica. Wyobrażam sobie, że razem z wodą spływa stres, złość i wszystkie trudne emocje.
Ktoś może powiedzieć: to tylko wyobraźnia.
Być może. Ale jeżeli po takim ćwiczeniu człowiek jest spokojniejszy, bardziej świadomy własnych emocji i wraca do równowagi, to dla mnie ma ono wartość.
A jak twoją przemianę odbiera mąż? Przecież kiedy zmienia się jedna osoba, siłą rzeczy zmienia się także związek.
Różnie. My nadal nad tym pracujemy. Kiedy człowiek zaczyna bardziej dbać o własne potrzeby i stawiać granice, druga osoba również musi się odnaleźć w nowej sytuacji.
Mój mąż ma dużą potrzebę bliskości, czułości, okazywania uczuć i wsparcia. Ja jestem bardziej introwertyczna. Uczucia są dla mnie bardzo ważne, ale nie potrzebuję ich manifestować co kilka minut. I tutaj czasami pojawia się problem komunikacyjny, bo każde z nas inaczej przeżywa emocje i czego innego potrzebuje.
Czy po takich zmianach można na nowo „dotrzeć się” w związku?
Myślę, że tak, jeżeli obie osoby tego chcą. Ale nauczyłam się również, że nie można bez końca próbować zmieniać drugiego człowieka. Kiedy zaczynasz akceptować partnera takim, jaki jest, i przestajesz koncentrować się wyłącznie na tym, co ci w nim przeszkadza, relacja może wyglądać zupełnie inaczej. Warto dostrzegać dobre cechy i doceniać wspólny czas. To jednak nie oznacza zgody na wszystko. Nie można w imię związku rezygnować z własnych potrzeb czy pozwalać na przekraczanie swoich granic. Znowu wracamy więc do tego samego słowa: równowaga.
Dla mnie właśnie ona jest jednym z najważniejszych elementów rozwoju. Nie chodzi o to, żeby stworzyć idealnego siebie, idealnego partnera i idealne życie. Chodzi raczej o to, żeby lepiej rozumieć siebie i drugiego człowieka, wiedzieć, kiedy warto rozmawiać i szukać kompromisu, a kiedy pewne rzeczy po prostu zaakceptować lub odpuścić.
Gdybyś miała osobie żyjącej w ciągłym biegu dać jedną radę, co byś powiedziała?
Zatrzymaj się, zanim życie zatrzyma cię za ciebie. Nie czekaj na chorobę czy kryzys, żeby zadać sobie pytanie, czy jesteś szczęśliwy. Znajdź pół godziny dla siebie. Zobacz, czego naprawdę potrzebujesz. Naucz się stawiać granice. Nie próbuj zmieniać wszystkich wokół. I doceniaj to, co dobre, bo rozwój duchowy nie musi oznaczać poszukiwania czegoś niezwykłego.
Czasami zaczyna się od najprostszego pytania: Czy w życiu, które zbudowałam dla wszystkich dookoła, znalazłam również miejsce dla siebie? Odpowiedź na to pytanie może być początkiem pozytywnej zmiany.
Rozmawiała Jolanta Czudak




























